
Po lunchu w domu zapadła cisza. Taka cisza, która wcale nie jest ciszą, tylko delikatnym szelestem codzienności. Żona i dziewczynki pojechały do miasta spotkać się z koleżankami, więc dom nagle zrobił się większy o dwa piętra i trzy korytarze. Pies rozciągnął się na dywanie jak dywan drugiej kategorii, kot siedział na parapecie z miną bankiera obserwującego giełdę, a Larysa – jak zwykle – trzęsła całym domem, choć do dziś nie jestem pewien, czy robi to z temperamentu, czy z czystej radości życia.
Na dworze temperatura lekko powyżej zera. Powietrze trochę wietrzne, trochę wiosenne, trochę jeszcze zimowe – takie niezdecydowane jak polska polityka.
Usiadłem przy biurku z kawą i komputerem.
To był błąd.
Czytanie wiadomości w spokojny dzień jest jak otwieranie lodówki w nocy – człowiek wie, że nie powinien, ale ciekawość zawsze wygrywa.
I tak oto z tej spokojnej ciszy domu wpadłem prosto w środek wielkiej narodowej opery pod tytułem: jak Polska zamierza wyjść z rzeczy, z których wyjść się nie da.
Na scenę wchodzi prezydent Karol Nawrocki.
Człowiek, który mówi o suwerenności z takim namaszczeniem, jakby właśnie odkrył ją w szufladzie obok sztućców i postanowił używać przy każdej okazji.
Nawrocki wygłosił orędzie – jedno z tych przemówień, po których człowiek zaczyna podejrzewać, że patos jest w polskiej polityce surowcem odnawialnym. W orędziu było wszystko, czego potrzeba do politycznego bigosu: naród, bezpieczeństwo, wolność, Bruksela i oczywiście wielkie zdanie na koniec.
„Tylko naród, który potrafi sam zadbać o swoje bezpieczeństwo, pozostaje naprawdę wolny”.
Zdanie brzmi tak dostojnie, że aż chce się je wypisać złotymi literami na tablicy pamiątkowej – najlepiej gdzieś wysoko, żeby nikt nie próbował go sprawdzać w praktyce. Najlepiej przy wejściu do magazynu z węglem.
Bo gdyby potraktować je poważnie, należałoby natychmiast rozwiązać NATO, podziękować wszystkim sojusznikom i ogłosić wielki konkurs samotności narodów.
Każdy kraj sam. Każdy kraj ze swoją armią. Każdy kraj z własną fabryką czołgów, amunicji i najlepiej jeszcze własną hutą produkującą śruby do tych czołgów.
Świat jednak – niestety dla romantyków polityki – działa trochę inaczej. Rosja produkuje broń jak piekarnia produkuje bułki. Chiny produkują wszystko, od telefonów po okręty. Ameryka sprzedaje wszystkim. A Europa próbuje zrobić coś, co powinna była zrobić już dawno – wspólnie produkować sprzęt wojskowy, żeby w razie czego nie kupować wszystkiego w panice.
Temu właśnie służy program SAFE.
Program tak nudny w swojej istocie, że aż podejrzany dla polityków. Bo SAFE to nie jest spektakularny zakup rakiet ani defilada czołgów. To jest budowanie fabryk, łańcuchów dostaw i wspólnej produkcji. Czyli logistyka. A logistyka – jak wiadomo – jest śmiertelnym wrogiem politycznej fantazji.
Dlatego w Polsce logistykę zamieniono w kabaret. Wyobraźmy sobie scenę. Duża sala. Długi stół. Na stole dokumenty, mapy Europy i kilka kubków z herbatą.
Przy stole siedzą politycy prawicy i patrzą na program SAFE tak, jak chłop patrzy na nowoczesny kombajn – niby wiadomo, że działa, ale po co komplikować sprawy, skoro dziadek orał koniem.
Na środku siedzi prezydent Nawrocki, poważny jak portret w gabinecie dyrektora szkoły.
– Panowie – mówi – sprawa jest prosta. Suwerenność. Polska musi być wolna. Żadnych europejskich kredytów.
Z lewej strony odzywa się Czarnek, który wygląda jak człowiek, który właśnie odkrył Amerykę, ale postanowił ją odrzucić z powodów ideologicznych.
– Dokładnie! – mówi z entuzjazmem. – Europa chce nam zabrać węgiel, czołgi i duszę narodową. Najpierw SAFE, potem ETS, a na końcu każą nam jeździć rowerami i czytać Goethego.
Bogucki kiwa głową z miną człowieka, który przez całe życie planował wielkie przedsięwzięcia logistyczne i zawsze kończył w okolicach katastrofy.
– Ja bym zrobił prosty plan – mówi. – Polski SAFE. Zero procent. Wszystko nasze. Bez Brukseli.
– A pieniądze? – pyta ktoś z końca stołu.
W tym momencie z krzesłem odsuwa się lekko prezes Glapiński, który wygląda jak człowiek, który właśnie wpadł na pomysł finansowy o trzeciej nad ranem.
– Panowie, to bardzo proste – mówi uspokajającym tonem profesora ekonomii dla początkujących. – Sprzedamy trochę złota z rezerw NBP.
– A potem je odkupimy – dodaje po chwili z błyskiem w oku.
– A potem znów sprzedamy – podchwytuje Czarnek z entuzjazmem człowieka, który właśnie odkrył perpetuum mobile polskich finansów publicznych.
Nawrocki spogląda na mapę Europy z miną człowieka, który właśnie odkrył, że kontynent jest większy niż Podkarpacie.
– Najważniejsze – mówi uroczyście – żeby Polska była samowystarczalna.
Nawrocki ma w ogóle niezwykły talent do wypowiadania zdań, które brzmią jak fragment konstytucji z filmu historycznego, ale po bliższym przyjrzeniu okazują się raczej instrukcją obsługi cepa.
Patrząc na nich wszystkich razem – prezydenta od wielkich słów, ministra od węglowych objawień i bankiera od nocnych pomysłów ze złotem – można było odnieść wrażenie, że przy tym stole nie obradował sztab państwa, tylko koło naukowe z wydziału fantastyki gospodarczej.
W tym momencie gdzieś z końca stołu odzywa się ekonomista, który najwyraźniej pomylił spotkania.
– A skąd będą pieniądze? – pyta.
Zapada cisza. Długa cisza. Polska cisza polityczna. Glapiński nieśmiało proponuje wykorzystać złoto z rezerw NBP. Sugeruje sprzedać złoto i natychmiast je odkupić, co brzmi jak plan finansowy napisany po trzeciej w nocy. A ktoś przypomina, że najważniejsza jest suwerenność.
I wtedy do sali wchodzi historia. Stary kelner Europy, który od kilku stuleci nosi rachunki narodom zbyt pewnym siebie. Kładzie rachunek na stole i mówi spokojnie:
– Panowie, najpierw przeczytajcie, za co płacicie.
Ale to jeszcze nic. Bo w tym samym czasie inny fragment polskiej polityki wpadł na pomysł jeszcze bardziej widowiskowy. Wyjść z systemu ETS.
Ogłosił to z powagą poseł Sasin, człowiek o niezwykłym talencie do projektów, które kosztują dużo, a kończą się spektakularnie. System ETS to mechanizm, w którym firmy płacą za emisję CO₂.
Nie jest to system idealny. Ale jest częścią prawa Unii Europejskiej. Czyli czegoś, z czego nie wychodzi się jednym zdaniem na konferencji prasowej. To trochę tak, jakby ktoś ogłosił, że postanowił wyjść z grawitacji.
Można to powiedzieć bardzo stanowczo. Można nawet powiedzieć to bardzo stanowczo. Ale ziemia nadal będzie przyciągała. Eksperci są w tej sprawie brutalnie zgodni. Nie ma wyjścia z ETS bez wyjścia z Unii Europejskiej.
Czyli bez polexitu. Ale oczywiście nikt o polexicie nie mówi. Politycy mówią tylko o wychodzeniu z kolejnych rzeczy.
Z ETS. Z mechanizmów. Z regulacji. Z zasad.
To trochę jak człowiek siedzący w restauracji, który oznajmia kelnerowi, że nie zapłaci za zupę, drugie danie ani deser, ale restaurację bardzo lubi i zamierza w niej nadal siedzieć.
Kelner zwykle wtedy kiwa głową. A potem prosi gościa, żeby jednak opuścił lokal.
Siedziałem więc przy tej kawie, patrzyłem na psa chrapiącego na dywanie, kota, który wyglądał jak profesor ekonomii, i Larysę, która z niewiadomych powodów postanowiła właśnie przewrócić pół domu.
I pomyślałem, że polska polityka przypomina trochę człowieka stojącego wysoko na drabinie. Drabina stoi stabilnie. Pod nią jest solidny grunt. Wokół stoją ludzie i mówią spokojnie:
– Może nie kop pod nią.
A on odpowiada z dumą:
– Spokojnie. Ja tylko sprawdzam, czy naprawdę jest taka stabilna.
Historia Europy zna już takie eksperymenty. Najbardziej znany przeprowadzili Brytyjczycy.
Do dziś próbują zejść z tej drabiny. Problem w tym, że drabiny już dawno nie ma. Bo ktoś wcześniej z wielkim entuzjazmem porąbał ją na kawałki.
Tymczasem w realnym świecie – tym z gazet, depesz i niedzielnych konferencji – okazało się, że to nie jest już tylko felietonowa metafora. Prezydent zawetował ustawę o SAFE, rząd zapowiedział plan B, ministrowie zaczęli liczyć miliardy z europejskiego programu zbrojeniowego, a w tle politycy PiS snuli opowieści o wychodzeniu z ETS, jakby można było wysiąść z prawa europejskiego na najbliższym przystanku autobusowym. Innymi słowy: w Warszawie naprawdę trwa eksperyment z drabiną i piłą. Zamknąłem komputer, spojrzałem na psa, który chrapał z godnością starego generała, na kota patrzącego na świat z pogardą profesora ekonomii i na Larysę demolującą pół domu z entuzjazmem młodej rewolucjonistki. I pomyślałem, że w gruncie rzeczy tylko one zachowują się dziś rozsądnie – bo żadnemu z nich nie przyszło jeszcze do głowy, żeby wyjść z grawitacji.

Dodaj komentarz