



Poniedziałkowe poranki mają szczególną właściwość. Człowiek jeszcze dobrze nie otworzy oczu, kawa dopiero zaczyna udawać, że jest kawą, a świat już zdążył podrożeć, pokłócić się i podpalić pół infrastruktury energetycznej planety.
Wystarczy zajrzeć do wiadomości. Baryłka ropy przebiła sto dolarów, na Bliskim Wschodzie latają drony, Iran wybiera nowego duchowego przywódcę z tej samej rodziny co poprzedni, Donald Trump uspokaja świat wpisem w internecie, a w Warszawie prezydent Karol Nawrocki z powagą godną notariusza historii podpisał właśnie dziesięć ustaw naraz – jakby próbował nadrobić legislacyjne zaległości jednym energicznym ruchem pióra.
Tak wyglądał ten poranek.
Najpierw ropa.
Baryłka przekroczyła sto dolarów, czyli poziom, przy którym kierowcy zaczynają patrzeć na dystrybutor tak, jak chłop pańszczyźniany patrzył kiedyś na poborcę podatków. Z mieszaniną rezygnacji i cichej nienawiści.
Wojna na Bliskim Wschodzie rozkręca się powoli, jak stary traktor w listopadowy poranek. Najpierw jeden wystrzał, potem drugi, potem nagle pół regionu strzela do wszystkiego, co ma silnik, skrzydła albo rurociąg.
Iran zamknął Cieśninę Ormuz – a przez tę wąską szczelinę świata przepływa jedna piąta globalnej ropy. To trochę tak, jakby ktoś zatkał korek w wannie planety.
W takich momentach giełdy reagują jak spanikowane gołębie. Ropa w górę. Benzyna w górę. Ciśnienie kierowców również.
A wtedy pojawia się Donald Trump.
Trump napisał w swoim serwisie społecznościowym, że droższa ropa to „mała cena za pokój”. Dodał też, że tylko głupcy myślą inaczej.
Trump ma niezwykłą zdolność upraszczania świata. W jego wizji geopolityka przypomina konkurs Miss Universe: ktoś wychodzi na scenę, ktoś dostaje koronę, ktoś inny płacze, a publiczność klaszcze.
Gdyby Trump prowadził konferencję jałtańską, trwałaby czterdzieści minut i zakończyła się wpisem na Truth Social.
Tymczasem w Iranie historia zrobiła elegancki piruet.
Rewolucja z 1979 roku obaliła monarchię, żeby skończyć z dziedziczeniem władzy. A teraz władzę przejął syn poprzedniego przywódcy – Mojtaba Chamenei. Czterdzieści sześć lat rewolucji po to, żeby skończyć tam, gdzie zaczęto.
Historia bywa ironiczna jak stary kelner w warszawskiej restauracji z lat osiemdziesiątych.
Pamiętam tamte czasy.
W PRL też wszystko było tłumaczone wielką strategią. Kolejki po mięso nazywano racjonalizacją rynku. Braki benzyny – planową gospodarką. Dziś świat robi to samo, tylko w droższym garniturze.
W Warszawie natomiast polityka kwitnie jak zawsze.
Donald Tusk właśnie został ponownie wybrany przewodniczącym Koalicji Obywatelskiej z wynikiem dziewięćdziesięciu siedmiu procent.
To wynik tak wysoki, że przypomina stare kongresy partii komunistycznych – z tą różnicą, że tutaj nikt nikogo nie zmuszał do głosowania, a konkurencja po prostu uznała, że nie ma sensu startować.
Tusk spotyka się też z młodym premierem Holandii Robem Jettenem. Trzydzieści osiem lat. W tym wieku w PRL człowiek dopiero zaczynał dostawać poważniejsze stanowiska w spółdzielni mieszkaniowej. Dziś można zostać premierem.
Świat przyspieszył.
Ale prawdziwy teatr jak zwykle odbywa się na prawicy. Jarosław Kaczyński ogłosił, że jego wizją przyszłości jest Przemysław Czarnek jako premier. To ruch tak subtelny jak wjazd czołgu do sklepu z porcelaną.
Logika jest następująca. Jeśli wyborcy PiS uciekają do Konfederacji, trzeba być jeszcze bardziej radykalnym. Jeśli ktoś krzyczy – trzeba krzyczeć głośniej. Jeśli ktoś przesadza – trzeba przesadzić jeszcze bardziej.
Czarnek jest do tego kandydatem idealnym.
Ma temperament artylerii ciężkiej i styl debaty przypominający szkolenie rekrutów w koszarach. W polityce porusza się jak człowiek, który wszedł do biblioteki z megafonem i pyta, dlaczego jest tu tak cicho.
Konfederacja z kolei patrzy na to wszystko z miną ucznia, który właśnie odkrył, że nauczyciel próbuje ściągać z jego kartki.
Mentzen opowiada o gospodarce jak youtuber o kryptowalutach. Bosak wygląda, jakby prowadził permanentną debatę oksfordzką. Braun natomiast sprawia wrażenie, że pomylił parlament z planem filmu historycznego o XVII wieku.
Polska prawica przypomina dziś rodzinny obiad, na którym trzech wujków jednocześnie próbuje zostać głową stołu.
I każdy krzyczy głośniej od poprzedniego. A w tle stoi jeszcze prezydent Karol Nawrocki. Człowiek, który z powagą podpisuje kolejne ustawy i jednocześnie snuje wizję sądowej inkwizycji dla sędziów. To trochę tak, jakby ktoś postanowił naprawić zegarek młotkiem.
W tym samym czasie Adam Glapiński próbuje prowadzić dyplomatyczny taniec między dwoma pałacami – prezydenckim i rządowym. Problem polega na tym, że właśnie zabrano mu prawą rękę. Skończyła się kadencja Marty Kightley, jego najważniejszej współpracowniczki i pierwszej wiceprezes NBP, bez której funkcjonowanie banku zaczyna przypominać orkiestrę, w której nagle zniknął dyrygent od połowy partytury. Wygląda to trochę jak partia szachów, w której jeden z graczy co chwilę zmienia zasady.
SAFE 0 proc., złoto z rezerw, nowe miejsca w zarządzie NBP. Ekonomiści patrzą na to wszystko z miną lekarza, który właśnie zobaczył pacjenta diagnozującego się na podstawie internetu.
Ale nawet to nie jest najbardziej surrealistyczna historia dnia. Bo gdzieś w Czechach trwa śledztwo w sprawie tajemniczej śmierci podczas szamańskiej ceremonii z ayahuascą. W tle pojawiają się nazwiska miliarderów od „Wiedźmina”.
Polski kapitalizm osiągnął więc etap, w którym jego bohaterowie medytują w stodole przy amazońskim naparze. Jeśli ktoś w latach dziewięćdziesiątych powiedziałby robotnikom z Ursusa, że tak będzie wyglądała przyszłość, uznaliby go za wariata.
A jednak. I tak wygląda dzisiejszy świat.
Rafinerie płoną. Baryłka drożeje. Politycy wygłaszają przemówienia.
A zwykły człowiek stoi na stacji benzynowej i patrzy na licznik. W PRL też stało się w kolejkach. Tylko że wtedy czekało się na benzynę.Dziś czeka się na cud. Ale jedno się nie zmieniło.
Za wszystkie wielkie strategie świata i tak zawsze płaci kierowca przy dystrybutorze.

Dodaj komentarz