
Niektórzy politycy odchodzą w zapomnienie, inni po cichu kończą kariery, a Roman Giertych? On po prostu wchodzi tylnym wejściem, rozsiada się na kanapie, zdejmuje buty i mówi: „To co, Donald, gramy razem?”
Człowiek, który potrafił być ideologicznym sztandarem Młodzieży Wszechpolskiej, maskotką Radia Maryja, kolegą Leppera, wrzodem PiS-u i teraz – trzymającym Tuskowi parasol – udowadnia jedno: nie ma takiej granicy, której nie da się przekroczyć z uśmiechem i sprawnym pozem.
Niektórzy pytają, kim naprawdę jest Roman Giertych. I tu odpowiedź jest równie prosta, co przerażająca: Roman Giertych jest instytucją. Taką z piwnicą pełną haków, gabinetem pełnym luster i strychem wypchanym byłymi sojusznikami. Zmienia fronty częściej niż influencerzy garnitury i mimo wszystko – zawsze ląduje na czterech nogach. Przypadek? Nie. To talent. Tylko niekoniecznie taki, jaki chcielibyśmy podziwiać.
Kiedyś wprowadzał „giertychowe trójki” do szkół, dziś wprowadza chaos do PO. Przeszedł od mundurków szkolnych do mundurków medialnych, które szyje dla siebie z komentarzy na portalu X, obszytych złotą nicią „Silnych Razem”.
Przerażające jest, że nikt w PO nie chce z nim zadzierać. Bo Giertych nie ma już tylko poglądów – ma armię. I to taką, która zdemoluje ci skrzynkę mailową szybciej, niż zdążysz napisać „może Roman nie powinien…”.
Zresztą, Tusk wie, że z Giertychem się nie dyskutuje. Z Giertychem się handluje. On coś wie. Albo wygląda, jakby wiedział. A to w polskiej polityce często więcej warte niż wiedza.
Czy on ma haki na Tuska? Oczywiście, że ma. A jeśli nie ma, to wygląda, jakby miał. A to wystarczy, żeby lider największej partii opozycyjnej zamienił się w jego rzecznika prasowego.
Roman Giertych to nie człowiek. To idea. Płynna, niezniszczalna, wyposażona w funkcję „odśwież”, która działa za każdym razem, gdy zmienia się układ sił. Prawica? Był. Lewica? Obsmarował. Centrum? Już tam grzeje ławkę.
W świecie, gdzie polityka przypomina kabaret na stacji benzynowej, Roman Giertych to ten gość, który najpierw podpala, potem fotografuje pożar, a na końcu sprzedaje ci ubezpieczenie przeciwogniowe. I zawsze z uśmiechem.
Roman nie wrócił. On nigdy nie odszedł. Po prostu czasem był ciszej, żeby było głośniej później. A że teraz gra pierwsze skrzypce? Cóż, może i skrzypce są rozstrojone, ale melodia dalej hipnotyzuje naiwnych.
Więcej można przeczytać w „Rzeczpospolitej” pod tym linkiem: https://www.rp.pl/polityka/art42642481-kim-naprawde-jest-roman-giertych-i-dlaczego-liczy-sie-z-nim-premier-donald-tusk.
Ale uwaga – czytasz na własną odpowiedzialność. Skutki uboczne mogą obejmować niekontrolowane parsknięcia śmiechem, bezsilny facepalm i egzystencjalne pytanie: czy to jeszcze polityka, czy już kabaret rewiowy z elementami grozy?

Dodaj komentarz