Niech mnie ktoś uszczypnie, zanim Szymon Hołownia powie kolejny raz, że „z całą mocą, jasno i wyraźnie chce rozwiać wszystkie wątpliwości”. Bo przy tym tempie rozwiewania wątpliwości, klimat w Polsce zmieni się szybciej niż ustawodawstwo węgierskie.
Marszałek Sejmu, były prowadzący talent show dla katolików z ADHD, postanowił wyjaśnić, że spotkał się z PiS nie dlatego, że coś kombinuje, tylko… bo tak trzeba. A że zrobił to w mieszkaniu Adama Bielana — czyli politycznym Airbnb Kaczyńskiego — to cóż, takie „błędy” zdarzają się przecież najlepszym. Choć akurat marszałek Hołownia najwyraźniej uważa, że należy do kategorii najświętszych, więc grzechy są mu odpuszczane z góry — zwłaszcza te popełnione z pozycji kolan.
Od Jezusa po Jarosława — kariera w trzech aktach
Wielu ludzi w tym kraju przeszło długą drogę. Ale tylko Hołownia przeszedł ją na bosaka, po redakcyjnych biurkach „Newsweeka”, przez chór kościelny, aż po tron Marszałka Sejmu, trzymając w ręku Pismo Święte i telefon z numerem Kaczyńskiego. Kiedyś prowadził programy o cudach. Dziś sam cudownie znika ze zrozumiałych deklaracji, pojawiając się tylko w sytuacjach, gdzie może powiedzieć „Chcę, mogę i będę”, a potem trzy razy zaprzeczyć, że cokolwiek chciał, mógł lub był.
Nie zapominajmy, że ten sam Szymon, który dziś mówi o „rozmowie ponad podziałami”, jeszcze wczoraj klął na PiS jak redemptorysta na jogę. Ale wystarczyło kilka spotkań „przy herbacie z wolnością”, żeby nasz kaznodzieja demokracji zmienił ton na: „Nie sam fakt rozmowy był błędem”. Tylko może miejsce? Może godzina? Może obecność Bielana w piżamie i kota Kaczyńskiego w fotelu?
Z kim rozmawiał? Z każdym. Dlaczego? Bo może.
Jak sam zapewnia — nie dostał żadnej propozycji bycia premierem. Nie dostał też propozycji zostania z powrotem Marszałkiem. Właściwie nic nie dostał. I właśnie dlatego się spotkał. Bo nic tak nie mobilizuje człowieka jak absolutny brak propozycji. A ponieważ Hołownia najwyraźniej uważa, że brak propozycji to też forma rozmowy, to rozmawia dalej. Z każdym. I wszędzie.
Gdyby jutro spotkał się z Putinem, wyjaśniłby, że „próbował przeciwdziałać kryzysowi geopolitycznemu”, ale nie wyszło. Bo przecież „przewidział ten kryzys wiele miesięcy temu”. Tak, tak. Nostradamus z Białegostoku. Przewidział wszystko, nie zapobiegł niczemu, ale przynajmniej miał dobre intencje.
Misja specjalna: ocalić fotel
Nie oszukujmy się — całe to spektakularne „rozwiewanie” nie ma nic wspólnego z troską o Polskę. To raczej troska o własne cztery litery (marszałkowskie, oczywiście) i ich obecność w fotelu, który coraz bardziej się chwieje. Hołownia negocjuje jak handlarz w Medjugorie: niby pielgrzym, ale z cennikiem pod sutanną. „Nie prowadzimy żadnych rozmów” — mówi, patrząc w kamerę tak przenikliwie, że aż odbiornik się rumieni.
Ale uwaga: te rozmowy nie są rozmowami, tylko spotkaniami. A spotkania — jak wiadomo — nie są grzechem. O ile odbywają się w imię „rozmowy ponad podziałami”. A podział, jak wszyscy wiemy, to największy wróg Szymona. No chyba że dzieli się stołkami — wtedy jakoś łatwiej mu przychodzi.
Ego większe niż ego Kaczyńskiego. A to już wyczyn.
W tym całym moralnym kabarecie najbardziej poraża jedno: poziom samozadowolenia. Hołownia jest jak mąż, który został złapany na zdradzie, ale tłumaczy, że „to nie był seks, tylko dialog o potrzebach w małżeństwie”. I że on przecież „zawsze był wierny idei szczerej rozmowy”. Jakbyśmy nie mieli do czynienia z politykiem, tylko z terapeutą narodowym, który spotyka się nawet z psychopatą, byle tylko porozmawiać o „wartościach wyższych”.
Hołownia: Święty Od Kręcenia
Nie ufam Szymonowi Hołowni. Nigdy nie ufałem. Bo za jego uśmiechem, biblijnym tonem i retoryką przypominającą TEDx w klasztorze kryje się typowa, mała, polska zawziętość. I chory głód znaczenia. Dla władzy — nie cofnie się przed niczym. Ani przed PiS, ani przed zdradą z własnym ego.
A kiedy już wszystko się zawali, Szymon Hołownia stanie przed kamerą, popatrzy w obiektyw i powie:
– Chciałem, mogłem i zrobiłem. Ale to nie ja. To był system. I krzyż.
Amen.


Dodaj komentarz