Wtorkowe przedpołudnie w Polsce – czas idealny, żeby usiąść i po raz kolejny zadać sobie pytanie: „Czy to się dzieje naprawdę?”. Odpowiedź brzmi: tak, niestety. Rzeczywistość znowu postanowiła udowodnić, że logika i sens są w naszym kraju wyłącznie funkcjami opcjonalnymi. Na szczęście mamy Tuska. Jeszcze. I dopóki prowadzi, choćby lunatycznie, lepiej nie ruszać kierownicy.
Zacznijmy od granic, bo to teraz modne. Zachodnia granica zamienia się w teatralną scenę absurdu, na której występują kibole, samozwańczy strażnicy, posłowie PiS i internauci z kamerami. Tworzą tzw. „obywatelskie patrole”, czyli narodową wersję cosplayu z Mad Maxa. Według Jarosława Kaczyńskiego, Niemcy przemycają do Polski migrantów – być może w paczkach, po dwunastu, z instrukcją w języku niemieckim. To nic, że Straż Graniczna zaprzecza, a minister Siemoniak apeluje, żeby zamiast pajacować, zgłaszali się do rekrutacji. Ważne, że jest zadymka i można wrzucić selfie z hasztagiem #GranicaZamkniętaDlaLewactwa.
Kaczyński zachowuje się jak polityczny Frankenstein, który zszywa resztki lęków, uprzedzeń i religijnego entuzjazmu w coś, co z daleka przypomina program. Z bliska okazuje się, że to tylko „zły Zachód, dobry PiS”. Konfederacja sekunduje, wylewając łzy nad losem granic i męskości zagrożonej przez tęczowe torby. Oto prawicowy sen o potędze: Niemcy to wróg, Rosja to temat tabu, a Unia Europejska to podejrzana organizacja rozdająca kredki.
Tymczasem Duda przechodzi do historii jako jedyny człowiek, który potrafi zawetować energetykę wiatrową w imię estetyki krajobrazu. Nie, nie ceny energii, nie niezależność energetyczną – tylko wiatraki, które „szpecą”. Trudno, żeby coś szpeciło bardziej niż 10 lat jego prezydentury, ale niech mu będzie. W końcu kończy kadencję – może chciał zostawić po sobie coś bardziej trwałego niż seria grymasów i niezręcznych uśmiechów.
Koalicja Obywatelska? Po porażce w wyborach prezydenckich przypomina rodzinę na weselu, która zamiast cieszyć się tortem, kłóci się o to, kto miał kupić szynkę. Rafał Trzaskowski przegrał o włos, ale winy szuka się wszędzie – w TVN-ie, w miastach, na wsiach, w astrologii. Roman Giertych prowadzi narrację jakby był znanym z mitologii syrenem: przyciąga ludzi spiskową pieśnią, a potem zatapia logikę. Premier Tusk raz się dystansuje, raz przytakuje, raz odwraca wzrok – jakby próbował uciec z własnego rządu przez komin.
Zamiast diagnozy – bajania. Zamiast refleksji – rekonstrukcja. Szymon Hołownia zapowiada „rebranding” Polski 2050. Chce być rozsądnym centrum z wrażliwością prawicową – czyli partią, która załatwia sprawy, ale tak, żeby nikt nie poczuł się urażony. Nawet skrajna prawica. Problem w tym, że nowa twarz partii to nadal ta sama twarz. Tylko z nową czcionką.
W międzyczasie pada pytanie: co z obietnicą kwoty wolnej 60 tys.? Rząd mówi: „Zaraz, stopniowo, może, nie wiemy”. A prezydent-elekt Karol Nawrocki mówi: „To ja złożę ustawę, sprawdzam was”. Świat się kończy – to człowiek z obozu PiS będzie egzekwował liberalną obietnicę wyborczą. Może dlatego niektórzy wolą dalej wierzyć, że wybory były sfałszowane i że Nawrocki to „neoprezydent”.
Zaufanie do państwa tonie, a wyborcy – zwłaszcza młodzi – przesuwają się w prawo szybciej niż inflacja. Niezrealizowane obietnice, magiczne myślenie i personalne podgryzania liderów skutecznie osłabiają obóz rządzący. A PiS cierpliwie czeka z kanistrem, żeby dolać benzyny.
Ale w tym całym galimatiasie jedno pozostaje jasne: UE może być lewacka, może mieć kredki i gender, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby wymienić jej na prawacką Rosję, prawacki Izrael ani prawackie ISIS. Jeśli mamy wybierać między festiwalem empatii a paradą czołgów, wybór powinien być prosty. Problem w tym, że dla części społeczeństwa już nie jest.
Dlatego tak ważne, by ktoś wreszcie zatrzymał ten polityczny karuzelowy horror. Może Tusk. Może nie. Ale póki co, jedynym stałym ruchem w tym kraju są wiatraki. I tylko szkoda, że najczęściej kręcą się w naszych głowach.


Dodaj komentarz