Dawno, dawno temu, w odległej republice bananowej zwanej Polską, odbyły się wybory. I jak to w bajkach bywa, jedni mówią: „były uczciwe!”, inni: „fałsz jak z TikToka!”. A gdzieś pośrodku siedzi Adam Bodnar i łagodnie przypomina, że zanim rzucimy Konstytucję przez okno, warto by może najpierw przeczytać, kto miał ją trzymać.
Bo wiecie, wybory, jak tort urodzinowy na weselu — niby wiadomo, że będą, ale po ich zakończeniu nikt nie pamięta, kto właściwie zamawiał. Mamy protesty, z których część pachnie jak tydzień w bagażniku, a część naprawdę wymaga refleksji. Bodnar mówi: „nie wszystko było rozpatrzone”, czyli po prawniczemu: „coś tu nie śmiga”. Ale od razu dodaje, że unieważnianie wszystkiego byłoby jak wyburzanie bloku, bo jeden lokator za głośno słucha Zenka.
Na końcu tego baletu konstytucyjnych grotesek stoi Szymon Hołownia — marszałek, który musi teraz podjąć decyzję tak trudną, że nawet Horoskop w Twoim Stylu nie daje mu szans na powodzenie. Ma bowiem rozstrzygnąć coś, czego nikt nie rozstrzygnął. To trochę jakby kazać mu dowieść, że Yeti istnieje, tylko na podstawie śladów w śniegu i opowieści wujka Romana.
Tymczasem na scenę wchodzi Karol Nawrocki, prezydent-elekt, który wedle niektórych jest wybawcą narodu, a wedle innych — refleksem świetlnym na gładzi sufitu. Trwa histeria. Memy, komentarze, dziwne livestreamy. Neosędziowie orzekają, a Bodnar syczy, że to jakby zawody szachowe wygrał ktoś, kto grał w Chińczyka.
A teraz przejdźmy do Jarosława Kaczyńskiego — postaci tak trwałej w polskiej polityce, że prawdopodobnie będzie prezesem PiS nawet po śmierci. Z Kaczyńskim jest trochę jak z gumą do żucia przyklejoną do buta – nie wiesz, jak się tam znalazła, ale nie sposób się jej pozbyć. Dopóki on rządzi partią, to żadna frakcja się nie wymiksuje, a Konfederacja może sobie co najwyżej poćwiczyć selfie z Mentzenem.
PiS, niczym teleturniej w TVP, wciąż działa według zasady: więcej dymu, mniej treści. Nawrocki na tronie, Kaczyński znowu wybrany prezesem, a Kamiński… no cóż, Kamiński pewnie teraz przepisuje swoje czarne teczki na pendrive. Tak dla bezpieczeństwa.
Tusk wygląda jak kapitan Titanica, który dowiedział się, że góra lodowa jest zrobiona z elektoratu. Mimo wszystko nie spuszcza wzroku, tylko próbuje zreorganizować załogę, wymienić kotwicę i wyprasować flagę. Problem w tym, że pasażerowie zaczynają przesiadać się do łodzi ratunkowych Konfederacji.
Trzaskowski przegrał, Giertych wrzeszczy o zamykaniu granic, a KO leci w sondażach jak worek kartofli. A przecież miało być tak pięknie: demokracja naprawiona, sądy odpolitycznione, a Niemcy znowu nas lubią. No i proszę – zamiast reformy mamy emocjonalny thriller klasy B z wątkiem paranormalnym pt. „Sędziowie z piekła rodem”.
Nie pomagają też nowe hity w wykonaniu prawicy. Propozycje Giertycha, by zamykać granice i odsyłać migrantów razem z aktywistami, brzmią jakby pisał je scenarzysta Klanu po trzecim redbullu. A przecież Roman był kiedyś ministrem edukacji… ale może to wszystko tłumaczy.
I w tym wszystkim Donald Tusk, nasz umiłowany kanclerz chaosu, niestety wygląda, jakby próbował naprawiać pralkę młotkiem. Niby robi dużo, ale efekt to głównie hałas. Niech ktoś mu podpowie, że może zamiast przetasowywać tych samych doradców od 2005 roku, warto czasem wpuścić trochę świeżego powietrza.
I na koniec: wybory to nie Tinder. Jak nie podoba się wynik, nie można machnąć w lewo i czekać na następnego. Demokracja to nie jest szwedzki stół, tylko bardziej jak wojskowa grochówka — jedz i nie marudź. Albo przynajmniej nie pytaj, co tam pływa.


Dodaj komentarz