
Warszawa znowu zobaczyła ten osobliwy gatunek politycznego teatru ulicznego, który Polska produkuje z regularnością godną fabryki konserw rybnych z lat siedemdziesiątych. Tłum ludzi maszerował przez stolicę z biało-czerwonymi flagami, transparentami i minami sugerującymi, że właśnie bronią ojczyzny przed najazdem Hunów, masonów i elektrycznych rowerów jednocześnie. Oficjalnie protestowali przeciw Zielonemu Ładowi. Nieoficjalnie przeciw wszystkiemu, czego nie rozumieją.
To była demonstracja wyjątkowo wzruszająca. Tysiące ludzi wyprowadzonych na ulice przez zawodowych handlarzy strachem. Górnicze mundury, patriotyczne hasła, opowieści o „reżimie Tuska”, o Brukseli odbierającej suwerenność i o Polsce zamienianej w niemiecki land. Człowiek patrzył na to widowisko i miał wrażenie, że ogląda zlot ludzi, którzy przeczytali pół mema na Facebooku i postanowili uczynić z niego filozofię polityczną.

Piotr Duda grzmiał ze sceny, że idą po referendum. To piękne. W Polsce od lat referendum stało się politycznym odpowiednikiem szantażu emocjonalnego w rodzinie. Kiedy populista nie ma rozwiązania problemu, natychmiast chce „oddać głos narodowi”. Oczywiście narodowi odpowiednio wcześniej nastraszonemu rachunkami, migrantami, Niemcami i pompą ciepła.
Najbardziej urocze było jednak to ciągłe liczenie ludzi. „Panie Tusk, liczy pan już?” — krzyczał Duda. To jest w ogóle jedna z największych obsesji prawicy. Oni uwielbiają liczyć tłumy. Im większy tłum, tym bardziej są przekonani, że mają rację. Gdyby średniowieczny motłoch zebrał się pod szubienicą palić czarownice, PiS prawdopodobnie też ogłosiłby wielki sukces frekwencyjny i triumf demokracji bezpośredniej.
Solidarność pod wodzą Piotra Dudy przypomina dziś bardziej polityczny wydział PiS niż związek zawodowy. Dawniej robotnik walczył o wyższe płace, prawa pracownicze i godność. Dziś działacz Solidarności częściej wygląda jak człowiek gotowy umrzeć za węgiel, benzynę i prawo do obrażania Unii Europejskiej przy kiełbasie z grilla.

Cały ten marsz był zresztą jednym wielkim festiwalem pomylonych pojęć. Protestujący krzyczeli o wolności, domagając się jednocześnie, żeby państwo zatrzymało zmiany gospodarcze zachodzące na całym świecie. Krzyczeli o suwerenności, podczas gdy ich polityczni idole przez lata ustawiali Polskę w kolejce po instrukcje z Waszyngtonu. Straszyli Zielonym Ładem, choć połowa z nich nie potrafiłaby wyjaśnić różnicy między ETS a RTV.
Najbardziej smutne było jednak to poczucie autentycznego lęku. Bo ci ludzie naprawdę się boją. Boją się rachunków. Boją się kosztów modernizacji domów. Boją się świata, który zmienia się szybciej niż ich własne życie. I właśnie na tym żerują polityczni kuglarze.
Czarnek, Bosak i cała reszta tego patriotycznego kabaretu doskonale wiedzą, że przestraszony obywatel jest łatwiejszy w obsłudze niż spokojny. Przestraszony człowiek nie pyta o szczegóły. Nie analizuje ekonomii. Nie czyta raportów. Szuka winnego. A prawica zawsze chętnie tego winnego dostarczy. Bruksela. Niemcy. Ekologia. Migranci. Geje. Rowerzyści. Czasami człowiek ma wrażenie, że gdyby w Pcimiu pękła rura kanalizacyjna, to Czarnek też oskarżyłby Ursulę von der Leyen.
Konfederacja oczywiście przybiegła na ten marsz jak muchy do rozlanego kompotu. Mentzen z miną internetowego sprzedawcy kursów motywacyjnych tłumaczył ludziom, że Zielony Ład to katastrofa. Bosak wyglądał jak prefekt z bardzo ponurego seminarium duchownego. A Braun zapewne najchętniej ogłosiłby jeszcze, że emisję CO2 wymyślili templariusze wspólnie z producentami hulajnóg elektrycznych.
Tymczasem prawda jest dużo mniej romantyczna. Świat odchodzi od węgla nie dlatego, że Ursula von der Leyen budzi się rano z planem zniszczenia polskiego górnika. Świat odchodzi od węgla dlatego, że stary model energetyczny staje się coraz droższy, coraz mniej wydajny i coraz bardziej przypomina ogrzewanie mieszkania piecem z epoki parowozów.
Ale spróbuj to powiedzieć tłumowi podkręconemu przez polityków, którzy każdą zmianę przedstawiają jak próbę rozbioru Polski. To trochę tak, jakby próbować tłumaczyć fizykę kwantową ludziom rzucającym kapustą podczas dożynek.
Ci sami ludzie wrzeszczący dziś o „reżimie Tuska” przez osiem lat patrzyli spokojnie, jak PiS rozmontowuje sądy, media publiczne i państwowe instytucje. Wtedy jakoś nie widzieli dyktatury. Widocznie autorytaryzm nie przeszkadza prawicy pod warunkiem, że ma patriotyczne naklejki i przemówienie prezesa na miesięcznicy.
PiS od dawna żyje z produkowania politycznej histerii. To partia, która potrafi zamienić każdą debatę w narodowy stan oblężenia. Zielony Ład? Koniec Polski. Migranci? Koniec Polski. Unia Europejska? Koniec Polski. Tusk? Koniec Polski. Gdyby jutro w Warszawie zabrakło keczupu do hot dogów, Kurski prawdopodobnie wróciłby z emerytury, żeby zrobić o tym trzygodzinny program specjalny.
A zwykły obywatel stoi pośrodku tego całego wrzasku coraz bardziej zmęczony. Chciałby normalności. Chciałby polityków, którzy tłumaczą świat zamiast go podpalać. Chciałby wiedzieć, ile naprawdę będą kosztować zmiany energetyczne i jak państwo ma pomóc ludziom przez nie przejść. Ale zamiast tego dostaje kolejną patriotyczną awanturę z megafonami, race dymne i opowieści o narodzie zdradzonym przez pompę ciepła.
Wieczorem demonstranci wrócili do domów. Transparenty złożono. Flagi schowano do bagażników. Politycy wrzucili zdjęcia do internetu. PiS odtrąbił sukces. Konfederacja nagrała TikToki o końcu cywilizacji.
A Polska została dokładnie tam, gdzie była rano. Nadal zmęczona. Nadal podzielona. Nadal karmiona politycznym strachem jak gęś tuczona na święta. I tylko z głośników historii znowu cicho popłynął ten sam stary komunikat: „Uwaga pasażerowie. Pociąg zdrowego rozsądku ma kolejne opóźnienie.”

Dodaj komentarz