


Są takie soboty, kiedy człowiek chce tylko spokojnie wypić kawę, przewinąć wiadomości i ewentualnie pokłócić się z czajnikiem o kamień. Ale nie. Polska polityka i media znowu postanowiły urządzić społeczeństwu kabaret geopolityczno-sensacyjny z elementami thrillera policyjnego i melodramatu sportowego.
Zacznijmy od Jarosława Kaczyńskiego, który tradycyjnie obudził się w świecie równoległym. Według prezesa PiS Donald Tusk w dwa lata „zniszczył relacje z USA”. To bardzo ciekawe, bo jeszcze chwilę temu ci sami ludzie traktowali Donalda Trumpa jak połączenie Winstona Churchilla, Jana Pawła II i właściciela najlepszego pola golfowego świata.
Trump przez lata mógł powiedzieć dosłownie wszystko. Że NATO jest przestarzałe. Że Europa pasożytuje na Ameryce. Że może dogadać się z Putinem. Że trzeba zmniejszyć zaangażowanie USA w Europie. Polska prawica słuchała tego z miną labradora patrzącego na właściciela jedzącego kiełbasę.
A teraz nagle okazuje się, że Pentagon wstrzymuje rotację wojsk, brygada pancerna nie przyjeżdża, a Ameryka coraz bardziej przypomina bogatego wuja, który na rodzinnych imprezach opowiadał, że „zawsze pomoże”, po czym przestał odbierać telefon.
I wtedy na scenę wchodzi Kaczyński cały na biało, mówiąc, że winny jest Tusk. Oczywiście. Bo według PiS Donald Tusk odpowiada już chyba za wszystko poza erupcją Wezuwiusza i słabym finałem „Gry o tron”.
To jest niesamowita filozofia polityczna: republikanie w USA wybierają Trumpa, Pentagon ogranicza obecność wojsk, amerykański izolacjonizm rośnie od dekady, ale winny jest premier Polski. Człowiek zaczyna podejrzewać, że gdyby w Teksasie spadł deszcz, TV Republika pokazałaby mapę z podpisem: „Niemieckie chmury Tuska nad Ameryką”.
A skoro jesteśmy przy Republice…
Tomasz Sakiewicz dostał w ten weekend materiał na minimum trzy sezony własnego serialu. Policja weszła do mieszkania. Były kajdanki. Była asystentka. Były dramatyczne relacje. Były sugestie o „podrzucaniu czegoś”. Było wszystko poza muzyką z „Mission Impossible”.
Cała sytuacja przypominała trochę skrzyżowanie „House of Cards” z osiedlową grupą na Facebooku, gdzie ktoś pisze:
„UWAGA!!! Kręcą się podejrzani ludzie pod blokiem!!!”
Najbardziej fascynujące jest jednak to poczucie permanentnego oblężenia. W świecie Sakiewicza wszystko wygląda jak początek zamachu stanu. Policjant bez identyfikatora? Koniec demokracji. Fałszywe zgłoszenie? Operacja służb. Ktoś kichnął pod siedzibą Republiki? Prawdopodobnie niemiecko-rosyjski sabotaż.
A prawda jest dużo bardziej polska i dużo mniej filmowa: ktoś najpewniej zrobił idiotyczny fałszywy alarm, policjanci w pośpiechu wbiegli bez kamizelek, połowa procedur się rozjechała, a druga połowa utonęła w chaosie. Czyli standardowy miks bałaganu, adrenaliny i instytucjonalnego „jakoś to będzie”, z którego słynie nasze państwo od czasów Mieszka I.
Ale oczywiście Republika już widzi siebie jako ostatnią redutę wolności słowa. Jeszcze chwila i Sakiewicz zacznie opowiadać, że jego mieszkanie było polskim Westerplatte, tylko zamiast Wehrmachtu była komenda rejonowa.
Tymczasem gdzieś obok tego całego cyrku Robert Lewandowski ogłasza odejście z Barcelony i nagle pół Polski robi się sentymentalne.
I tu akurat trudno się śmiać. Bo niezależnie od wszystkiego Lewandowski wykonał coś absurdalnego. Facet z Warszawy został legendą Bayernu, potem Barcelony, strzelał gole jak automat do pinballa i przez kilkanaście lat sprawiał, że Polska mogła przez chwilę wyglądać jak kraj profesjonalistów, a nie tylko ekspertów od grillowania geopolityki.
119 goli dla Barcelony. Trzy mistrzostwa Hiszpanii. Setki milionów ludzi oglądających faceta, który wyglądał, jakby całe życie jadł wyłącznie brokuły i dyscyplinę.
A mimo to nawet jego pożegnanie w Polsce musiało zostać przykryte politycznym kabaretem.
To zresztą bardzo polskie. Nawet gdy człowiek osiąga poziom światowej legendy sportu, i tak przegra z konferencją prasową polityka mówiącego o „proniemieckiej polityce Tuska”.
W tym wszystkim najbardziej urocze jest jednak nasze narodowe przekonanie, że żyjemy w centrum świata. Pentagon zmienia strategię globalną? To przez Tuska. Policja odpowiada na fałszywe alarmy? Zamach na media. Lewandowski odchodzi z Barcelony? Pewnie też ktoś w PiS zaraz uzna, że to efekt braku patriotyzmu UEFA.
Polska polityka coraz bardziej przypomina telenowelę pisaną przez ludzi, którzy jednocześnie oglądają thrillery polityczne, mecze La Liga i transmisje z sejmu, popijając energetyka o smaku „Narodowa Guarana”.
A my siedzimy w tym wszystkim jak pasażerowie autobusu, którego kierowca właśnie ogłosił:
— Spokojnie państwo. Co prawda silnik płonie, GPS nie działa, a połowa załogi się kłóci, ale sytuacja jest pod kontrolą.
I tylko Lewandowski naprawdę odjechał z klasą. Reszta nadal kopie się po kostkach na krajowym boisku absurdu.

Dodaj komentarz