





Polityka w Polsce zaczęła ostatnio przypominać starą, rozklekotaną karuzelę na odpustowym placu: kręci się coraz szybciej, skrzypi coraz głośniej, a ludzie siedzą na niej z miną, która mówi jedno – ktoś tu zaraz spadnie, tylko jeszcze nie wiadomo kto pierwszy. I tylko sprzedawca waty cukrowej wygląda na spokojnego, bo on wie, że na końcu i tak wszyscy wyjdą lepcy i trochę zawiedzeni.
Na środku tej karuzeli stoi Jarosław Kaczyński. Jeszcze niedawno wyglądał jak dyrygent orkiestry, który jednym ruchem batuty uciszał skrzypce, podkręcał trąbki i wyrzucał z chóru tych, którzy śpiewali nie w tonacji. Dziś przypomina raczej emerytowanego kapelmistrza na weselu, który coś tam jeszcze pokazuje ręką, ale orkiestra gra swoje, a goście już dawno przeszli do disco polo i proszą o „jeszcze raz refren”.
Mateusz Morawiecki, dawny pupil, bankier w garniturze skrojonym z ambicji i kalkulacji, postanowił przestać udawać, że słucha. Zamiast przychodzić na partyjne narady, siedzi u siebie i domaga się rozmów w cztery oczy, jak obrażony książę, który uznał, że dwór jest zbyt plebejski na jego subtelność.
To nie jest bunt. To jest demonstracyjne ziewnięcie w twarz władzy.
Morawiecki zrozumiał coś, co w tej partii brzmi jak herezja: że nie trzeba już całować sygnetu, wystarczy mieć własny stół. Więc założył sobie stowarzyszenie, czyli polityczną altankę, w której można pić kawę bez zgody prezesa i udawać, że to już niemal pałac – z tym że dach przecieka, a w kącie stoi grill z poprzedniego sezonu.
A teraz wyobraźmy sobie tę scenę naprawdę: gabinet, ciężkie zasłony, cisza jak w muzeum w dniu wolnym od zwiedzających. Kaczyński siedzi przy stole, nieruchomy jak portret, Morawiecki naprzeciwko – elegancki, wyprasowany, z twarzą człowieka, który właśnie policzył wszystkie opcje i uznał, że żadna nie wymaga pokory.
Rozmawiają. To znaczy – jeden mówi, drugi nie przychodzi. Bo prawdziwa rozmowa odbywa się już tylko w wyobraźni. Kaczyński kiwa głową do własnych myśli, Morawiecki odpowiada własnym planom. Dialog bez dialogu, teatr bez aktorów, tylko echo dawnych zależności, które jeszcze się odbijają od ścian.
W pewnym momencie ktoś powinien wejść i powiedzieć: panowie, spektakl się skończył. Ale nikt nie wchodzi, bo każdy czeka, aż drugi wyjdzie pierwszy.
A prezes? Prezes patrzy i mówi, że jest mu przykro. I to „przykro” brzmi jak komunikat z dworca: uprzejmie informujemy, że władza odjechała, opóźnienie nieznane.
I to jest moment, w którym cała legenda zaczyna pękać jak porcelana na betonowej posadzce. Bo kiedy władza mówi „jest mi przykro”, to znaczy, że przestała mówić „masz problem”.
W tym samym czasie wokół stołu krążą „maślarze” – polityczne postaci o konsystencji miękkiej i rozsmarowywalnej, które z wielką powagą walczą o elektorat radykalny, jakby to był ostatni kawałek tortu na przyjęciu, na którym wszyscy są już pijani, a ktoś zgasił światło.
Czarnek, Jaki, reszta tej ferajny – każdy chce być bardziej radykalny od poprzedniego, bardziej donośny, bardziej zdecydowany. To konkurs krzyku, w którym nagrodą jest złudzenie znaczenia i miejsce bliżej mikrofonu. Program? Program jest jak dekoracja: stoi, ładnie wygląda i nikt nie sprawdza, czy jest z kartonu.
A jeśli ktoś sprawdzi, to i tak usłyszy, że karton jest strategiczny.
I gdzieś obok tego wszystkiego pojawia się scena, która powinna być symbolem tej epoki. Łukasz Mejza. Człowiek, który przeszedł drogę od ministerialnych korytarzy do klatki MMA z taką lekkością, jakby zmieniał kanał pilotem.
Wyobraźmy to sobie dokładniej, bo ta scena aż prosi się o groteskę: światła gasną, reflektory zapalają się jak w tanim show, spiker krzyczy nazwisko, a Mejza wychodzi w rytm muzyki, która brzmi jak hymn kompromitacji. W jednej ręce rękawice, w drugiej resztki wiarygodności, które już dawno przestały się bronić.
Publiczność ryczy, ktoś macha flagą, ktoś inny liczy pieniądze, a gdzieś w tle majaczy cień państwa, które wygląda jak rodzic na wywiadówce – wie, że jest źle, ale udaje, że to tylko etap. A Mejza stoi w tej klatce i uśmiecha się tak, jak uśmiecha się ktoś, kto zrozumiał najważniejszą zasadę tej epoki: nie trzeba być poważnym, żeby zarabiać poważne pieniądze.
To już nie jest polityka. To jest cyrk, w którym zwierzęta same kupują bilety. To już nie jest metafora. To jest dosłowność tak brutalna, że aż zabawna. Polityk wchodzi do klatki, żeby zarobić milion. Publiczność klaszcze, sponsorzy liczą, a państwo stoi z boku i udaje, że to nie jego dziecko właśnie sprzedaje bilety na własne potknięcia. Krótka prawda jest taka: w tej historii jedyną uczciwą rzeczą jest klatka.
Państwo patrzy i nie wie, czy to jeszcze demokracja, czy już gala freak fightów z budżetem. A przecież Mejza jest tylko objawem. Symptomem choroby, w której wszystko można sprzedać: reputację, funkcję, twarz, a na końcu – samego siebie. W pakiecie z koszulką, podpisem i kodem rabatowym.
Gdzieś obok odchodzi Janusz Kowalski, człowiek, który zmieniał partie z taką regularnością, jak inni zmieniają skarpetki, i który teraz odchodzi po raz kolejny, tym razem w aurze moralnego oburzenia, jakby właśnie odkrył, że w polityce istnieje coś takiego jak układy. To trochę tak, jakby złodziej wyszedł z banku i powiedział, że nie podoba mu się system zabezpieczeń. Albo że drzwi były zbyt łatwe do otwarcia, więc czuje się rozczarowany standardem obsługi.
A po drugiej stronie sceny zaczyna się spektakl, który dopiero nabiera tempa. Szymon Hołownia, jeszcze niedawno marszałek, moralista i kaznodzieja nowej polityki, zaczyna patrzeć w stronę prokuratury z miną człowieka, który właśnie przypomniał sobie, gdzie zostawił dokumenty sprzed kilku lat – i że ktoś inny też może je znaleźć.
Sprawa Collegium Humanum wraca jak źle zamknięta szuflada, z której wysypują się papiery, podpisy i pytania, na które nikt nie chce odpowiadać głośno, tylko szeptem, najlepiej w korytarzu, gdzie nie ma kamer.
Jeśli dojdzie do uchylenia immunitetu, koalicja zamieni się w coś na kształt rodzinnej kłótni przy wigilijnym stole, tylko bez opłatka i z większą ilością noży oraz mikrofonów. I nagle okaże się, że ta cała konstrukcja, która miała być stabilna, rozsądna i europejska, stoi na nogach z galarety – eleganckiej, przezroczystej, ale jednak galarety.
A premier? Premier na razie się uśmiecha. Ale to jest ten uśmiech człowieka, który widzi nadchodzącą burzę i jeszcze udaje, że to tylko chmury dla klimatu. W tle już grzmi, tylko ktoś ściszył telewizor.
Polska polityka przypomina dziś dziwny teatr, w którym każdy gra główną rolę, nikt nie zna scenariusza, a publiczność zaczyna podejrzewać, że to nie jest spektakl, tylko próba generalna do czegoś znacznie gorszego.
I tylko jedno pozostaje niezmienne. Im głośniej krzyczą aktorzy na scenie, tym wyraźniej słychać, że za kulisami zapadła cisza. A cisza w polityce nigdy nie jest dobra. Bo cisza to moment, w którym kończy się teatr, a zaczyna rachunek.
A rachunki – jak wiadomo – zawsze trafiają do widza

Dodaj komentarz