MAJÓWKA, CZYLI NARODOWA SZTUKA ODPOCZYWANIA NA SERIO I HISTORIA Z KIEŁBASĄ W TLE

Warszawa

Są takie dni w roku, kiedy Polska przestaje być państwem, a zaczyna być zjawiskiem meteorologicznym. I właśnie majówka jest tym osobliwym wyżem barycznym, który unosi się nad krajem, pachnie dymem z grilla i brzmi jak otwierana puszka piwa o godzinie jedenastej trzy, bo przecież „to już prawie południe”, a naród uznał, że nie będzie się spierał z fizyką czasu, skoro można się z nią po prostu zaprzyjaźnić.

Bo oto mamy pierwszy maja, dzień robotniczy, który kiedyś był marszem, transparentem i obowiązkowym entuzjazmem, a dziś jest raczej spacerem do lodówki. Klasa pracująca wszystkich krajów łączy się teraz nie w walce, lecz w grillowaniu karkówki, patrząc z lekkim zdziwieniem na historię, która kiedyś była tak poważna, że aż niewygodna, a dziś została oswojona, przyprawiona i podana z musztardą.

I gdzieś tam, w tle zapachu przypalonej kiełbasy, stoi duch tamtych pochodów, z chorągiewką i miną człowieka, który wie, że musi klaskać, nawet jeśli nie bardzo wie, dlaczego. Patrzy na współczesnego Polaka, który klaskać nie musi, ale za to musi pilnować, żeby kiełbasa nie spadła między ruszt a trawnik, co – umówmy się – jest wyzwaniem bardziej realnym i natychmiastowym niż większość dawnych ideologii.

A potem przychodzi drugi maja, święto flagi, dzień, w którym Polacy przypominają sobie, że biało-czerwona istnieje nie tylko na stadionie i w urzędzie, ale także na balkonie. I wtedy zaczyna się narodowy spektakl, który można by nazwać operą balkonową w dwóch aktach i trzech praniach.

Powiewa z godnością obok suszącego się ręcznika i doniczki z pelargonią, tworząc kompozycję narodowo-ogrodową, która mogłaby być tematem pracy magisterskiej z estetyki współczesnej i zarazem symbolem pogodzonej codzienności. Flaga lekko przykurzona, czasem wyjęta z szuflady, w której spędziła ostatnie jedenaście miesięcy w towarzystwie świątecznych lampek i instrukcji do miksera, nagle dostaje rolę główną.

Są balkony minimalistyczne, gdzie flaga wisi samotnie, jakby była na audiencji u historii, i są balkony barokowe, gdzie obok niej pojawia się wszystko: biało-czerwone baloniki, plastikowy orzeł, girlandy, a czasem nawet kot, który nie wie, czy uczestniczy w święcie narodowym, czy w dekoracji sezonowej.

I jest w tym coś rozczulającego i jednocześnie trochę komicznego, bo oto naród, który przez wieki spierał się o sens państwa, konstytucji i granic, dziś potrafi się pokłócić o to, czy flaga wisi równo i czy sąsiad ma większą.

A jednak, mimo całej tej balkonowej improwizacji, jest w tym coś prawdziwego. Bo nawet jeśli flaga sąsiaduje z ręcznikiem w paski i paprotką, to przez te kilka dni naprawdę przestaje być dekoracją, a staje się czymś więcej — znakiem, że ktoś, choćby na chwilę, przypomniał sobie, że jest częścią większej historii, nawet jeśli zaraz potem wróci do sprawdzania, czy kiełbasa się nie przypali.

I nagle wszyscy stają się patriotami wizualnymi, którzy wiedzą, że flaga powinna wisieć, choć niekoniecznie wiedzą, jak ją złożyć. Ale przecież nie o składanie tu chodzi, tylko o to uczucie, że jest się częścią czegoś większego, nawet jeśli to „coś większe” właśnie rozkłada leżak i pyta, czy jeszcze jest sałatka jarzynowa, która – jak wiadomo – jest najbardziej trwałym elementem polskiej kultury.

A potem przychodzi trzeci maja, dzień poważny, dzień konstytucji, dzień, w którym historia prostuje plecy i mówi: „to było ważne”. I rzeczywiście było, bo była to próba uporządkowania świata, który miał skłonność do chaosu, co – przyznajmy uczciwie – brzmi znajomo także dziś. Tylko wtedy robiono to piórem i papierem, a dziś robi się to konferencją prasową i wpisem w mediach społecznościowych, z różnym skutkiem i z różną trwałością.

I gdzieś między jednym kęsem kiełbasy a drugim pojawia się myśl, że ta konstytucja była jednak czymś więcej niż tylko datą w kalendarzu. Była próbą powiedzenia: „możemy być lepsi”. Co w majówkowym kontekście oznacza zwykle: „możemy jeszcze jednego”, co jest może mniej wzniosłe, ale za to zdecydowanie bardziej szczere.

Bo majówka to jest osobny stan skupienia Polaka, w którym czas się rozciąga, obowiązki się rozmywają, a plan dnia składa się z kilku powtarzalnych, lecz fundamentalnych punktów: zjeść, posiedzieć, zastanowić się, czy zjeść jeszcze raz, a następnie dojść do wniosku, że życie jest zbyt krótkie, by odmawiać sobie przyjemności, zwłaszcza jeśli została jeszcze jedna kiełbasa.

I w tym wszystkim jest coś wzruszającego. Naród, który przez wieki walczył, debatował, reformował i komplikował sobie życie w sposób niemal artystyczny, nagle odkrywa, że największym luksusem jest nicnierobienie.

I robi to z taką powagą i zaangażowaniem, jakby ktoś kiedyś miał z tego wystawić rachunek, więc lepiej się przyłożyć, żeby nie było wstydu przed historią i sąsiadem z działki. I to nicnierobienie wykonuje z ogromnym zaangażowaniem, niemal z etosem pracy, który kiedyś budował fabryki, a dziś buduje relacje przy grillu.

Samochody stoją w korkach jakby ktoś rozdawał darmowe szczęście na końcu autostrady. Ludzie wyjeżdżają nad morze, w góry i na działki, gdzie przez kilka dni udają, że to jest ich prawdziwe życie, a nie epizod między poniedziałkiem a kredytem, który czeka cierpliwie, aż majówka się skończy.

I tylko grill pozostaje niezmienny, jak latarnia w tej majówkowej mgle, jak ognisko, wokół którego gromadzi się wspólnota. Wspólnota, która może się kłócić o politykę, historię i pogodę, ale w obliczu dobrze wypieczonej karkówki zawiera rozejm, bo są rzeczy ważniejsze niż racja – na przykład temperatura rusztu.

A więc siedzimy, jemy, patrzymy na flagę, która powiewa jak przypomnienie, że jesteśmy częścią opowieści dłuższej niż weekend. I może przez chwilę nawet czujemy, że ta opowieść ma sens, choćby dlatego, że ktoś obok nalewa kolejne piwo i mówi: „no, jakoś to będzie”, a my – ku własnemu zdziwieniu – wierzymy, że rzeczywiście będzie.

I może właśnie o to chodzi w tej całej majówce. Żeby między historią a kiełbasą znaleźć chwilę, w której człowiek przestaje się spieszyć i zaczyna po prostu być. Co w polskich warunkach jest osiągnięciem niemal konstytucyjnym, wymagającym nie tylko czasu, ale i odwagi.

A jeśli ktoś zapyta, co to wszystko znaczy, można odpowiedzieć z pełną powagą, patrząc na ruszt i lekko przypaloną kiełbasę, która jest metaforą życia bardziej niż jakakolwiek filozofia: To znaczy, że żyjemy, i że – jak na razie – całkiem nieźle sobie z tym radzimy, nawet jeśli czasem coś się przypali.

Chociaż, jeśli się tak chwilę dłużej zastanowić, to może właśnie w tym tkwi nasza narodowa specjalność: potrafimy zamienić każdy wielki temat w majówkę, każdą poważną sprawę w rozmowę przy grillu, a każdą odpowiedzialność w coś, co można odłożyć „na po weekendzie”.

Bo przecież nic się nie stanie, jeśli jeszcze chwilę posiedzimy. Jeśli jeszcze jedną kiełbasę dorzucimy na ruszt. Jeśli jeszcze jeden dzień udamy, że świat poczeka.

I świat rzeczywiście czeka. Tylko potem, kiedy majówka się kończy, wraca trochę bardziej zniecierpliwiony, trochę bardziej skomplikowany i trochę mniej skłonny do wyrozumiałości niż my przy kolejnym piwie. I wtedy okazuje się, że życie to nie jest grill, którego można pilnować z przymrużeniem oka. A Polska to jednak nie jest tylko majówka.

Szkoda tylko, że najchętniej przypominamy sobie o tym zawsze w poniedziałek.


  1. Tadeusz Drozda

    Wynika z tego, że wegetarianin nie do końca czuje ducha majówki

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights