RADOŚĆ NA WYMIANĘ I KOLEJKA DO ZASŁUG, CZYLI JAK WSZYSCY WYZWALALI POCZOBUTA

Warszawa

Najpierw była cisza, taka ciężka, lepka cisza dyplomacji, w której słowa nie padają publicznie, tylko krążą półgłosem między gabinetami, notatkami i zmęczonymi twarzami ludzi, którzy wiedzą, że każda literówka może kosztować czyjeś życie, i w tej ciszy przez pięć lat trwało coś, co nie nadaje się na konferencję prasową, bo nie ma w tym ani patosu, ani łatwego zwycięstwa, tylko żmudna, powtarzalna praca, przypominająca raczej dłubanie w zamku wytrychem niż triumfalne otwieranie drzwi.

A potem nagle — jak to bywa w polityce, która uwielbia finały bardziej niż procesy — pojawiło się światło, flesze, wpisy, zdjęcia i to jedno zdanie, które brzmi prosto, ale niesie ciężar nie do udźwignięcia dla tych, którzy lubią lekkość narracji: Andrzej Poczobut jest wolny.

I w tym momencie zaczyna się drugi spektakl, znacznie bardziej swojski, bardziej polski, bardziej… no cóż, bardziej ludzki, jeśli przyjąć, że człowiek ma naturalną skłonność do przypisywania sobie cudzych zwycięstw z taką łatwością, z jaką przypisuje sobie zasługi za pogodę w weekend.

Bo oto nagle wszyscy stają się współautorami tego sukcesu, jakby wolność Poczobuta była projektem zespołowym, w którym każdy coś wniósł: jeden telefon, drugi uścisk dłoni, trzeci spojrzenie pełne determinacji, a czwarty — jak się zdaje — samą obecność w historii.

I oczywiście, żeby nie było nieporozumień, coś w tym jest prawdziwego, bo rzeczywiście, jak mówił premier, była to skomplikowana gra dyplomatyczna, w której uczestniczyły służby, dyplomaci, partnerzy z zagranicy, Amerykanie, Rumuni, Mołdawianie, cały ten cichy chór ludzi, którzy nie występują na scenie, ale bez których spektakl nie miałby sensu.

Ale zaraz obok tej prawdy wyrasta coś, co można by nazwać narodowym hobby — licytacja zasług, w której każdy chce być choćby współwłaścicielem zwycięstwa, nawet jeśli jeszcze wczoraj stał obok i patrzył, jak inni dźwigają ciężar.

I oto pojawiają się wypowiedzi, które mają w sobie tę osobliwą mieszaninę powagi i autopromocji, gdzie między jednym zdaniem o bohaterstwie a drugim o wartościach przemyka dyskretne „a właściwie to ja też w tym byłem”, jakby historia była trochę jak zdjęcie grupowe, na którym każdy próbuje się ustawić bliżej środka.

Są więc politycy, którzy mówią o swoich rozmowach, swoich inicjatywach, swoich apelach, swoich zasługach, i robią to z taką powagą, jakby brak ich udziału oznaczał, że cała operacja nie miałaby sensu, co jest oczywiście piękną iluzją, ale jednak iluzją.

A gdzieś w tym wszystkim jest człowiek, który przez pięć lat siedział w celi, która nie była metaforą, tylko betonem, kratą i ciszą tak głęboką, że nawet własne myśli zaczynają brzmieć obco.

Człowiek, który nie miał dostępu do debat, analiz i strategii, który nie śledził sondaży, nie uczestniczył w tej narodowej dyskusji o tym, kto ma rację, tylko walczył o coś znacznie bardziej podstawowego — o zachowanie siebie w miejscu, które zostało stworzone po to, by człowieka rozmontować na części pierwsze.

I kiedy wreszcie wychodzi, jego pierwsze pytanie nie dotyczy orderów, konferencji ani tego, kto ile zrobił, tylko brzmi prosto i przejmująco: czy będzie mógł wrócić.

To pytanie jest jak zimny prysznic dla całej tej rozgrzanej do czerwoności machiny narracji, bo nagle okazuje się, że dla niego wolność nie jest finałem historii, tylko jej kolejnym rozdziałem, pełnym niepewności, bólu i powolnego składania świata na nowo.

I wtedy cała ta licytacja zasług zaczyna wyglądać trochę jak kłótnia dzieci o to, kto pierwszy zobaczył gwiazdę, podczas gdy ktoś inny przez pięć lat patrzył w sufit celi i próbował nie zapomnieć, kim jest.

Nie znaczy to oczywiście, że nie należy się cieszyć, przeciwnie — trzeba się cieszyć, i to głośno, i bez wstydu, bo takich momentów w polityce nie ma wiele, a każdy z nich przypomina, że czasem jednak udaje się wyrwać człowieka z miejsca, które nie powinno istnieć.

Nie znaczy to też, że nie należy docenić pracy tych wszystkich ludzi, którzy przez lata robili swoje, często bez rozgłosu, bez nagród i bez pewności, że kiedykolwiek zobaczą efekt.

Ale może warto, choć przez chwilę, zdjąć z tego wszystkiego tę warstwę autopromocji, tę potrzebę dopisania się do historii, i zostawić w centrum tego wydarzenia tego jednego człowieka, który zapłacił za swoje przekonania cenę, jakiej większość z nas nie jest w stanie sobie nawet wyobrazić.

Bo Andrzej Poczobut nie jest symbolem do wykorzystania, nie jest punktem w politycznym sporze, nie jest medalem, który można przypiąć do własnej klapy.

Jest człowiekiem, który wyszedł z miejsca, gdzie człowieczeństwo jest traktowane jak przeszkoda, i który — jak wszystko wskazuje — nie dał się tej logice złamać.

A to jest osiągnięcie, którego nie da się podzielić na procenty.

I którego nie da się przypisać nikomu poza nim samym.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights