KONSTYTUCJA NA WĘDKĘ I INNE CUDA PRAWICY

Warszawa

Poranek był chłodny, taki kwietniowy, kiedy słońce jeszcze nie jest pewne, czy warto się angażować w sprawy kraju, który od lat prowadzi rozmowę sam ze sobą, każdą kolejną zaczynając od nowa, jakby poprzednie nigdy się nie wydarzyły. Na stole stygnie kawa, w telewizorze ktoś mówi o państwie, a w powietrzu wisi ta dobrze znana obietnica wielkiej naprawy, która zawsze zaczyna się od słów, a kończy na gruzach sensu.

I wtedy pojawia się pomysł, który wraca jak źle wyleczona infekcja, z pozoru niewinny, w rzeczywistości uporczywy i odporny na argumenty – zmieńmy konstytucję. Najlepiej szybko, najlepiej gruntownie i najlepiej tak, żeby wreszcie była nasza, bo przecież największym problemem tego kraju nigdy nie było to, że ktoś łamał prawo, tylko że prawo nie chciało się dostosować do łamiących.

Karol Nawrocki stoi w tej opowieści jak kustosz muzeum, który dawno przestał czytać opisy pod eksponatami i uznał, że szybciej będzie zmienić podpisy niż zrozumieć treść. Ma w sobie tę osobliwą pewność człowieka, który traktuje historię jak plastelinę – coś, co można ugniatać, rozciągać i w razie potrzeby przykleić do bieżącej potrzeby politycznej, byle tylko wyglądało dostojnie z odpowiedniej odległości. Kiedy mówi o konstytucji, brzmi jak ktoś, kto nie tyle chce ją naprawić, ile przejąć nad nią opiekę kuratorską i wymienić etykiety, żeby zwiedzający nie zadawali niewygodnych pytań. W jego wizji państwo nie jest wspólnym projektem, tylko wystawą czasową, którą można zdemontować po sezonie i złożyć na nowo, już bez tych elementów, które psują narrację.

Obok niego Przemysław Czarnek porusza się jak ciężki sprzęt budowlany prowadzony przez człowieka, który nigdy nie czytał projektu, ale ma silne przekonanie, że projekt jest zbędny. W jego wykonaniu konstytucja przestaje być fundamentem, a staje się czymś w rodzaju krzywego chodnika, który najlepiej wyrównać koparką, nawet jeśli pod spodem biegną wszystkie instalacje. Czarnek mówi o ustroju z zapałem kaznodziei i precyzją młota pneumatycznego, mieszając deklaracje o wartościach z sugestiami, że jeśli coś nie działa, to należy to ominąć, a jeśli ominąć się nie da, to tym gorzej dla rzeczywistości. Ma w sobie tę szczególną energię człowieka, który nie tyle chce zmienić reguły gry, ile jest przekonany, że reguły istnieją po to, żeby przeszkadzać jemu osobiście.

A nad tym wszystkim unosi się duch Jarosława Kaczyńskiego, który od lat traktuje państwo jak model do składania, coś pomiędzy zabawką a eksperymentem, gdzie elementy można przekładać, dopasowywać i wyrzucać, jeśli przestają pasować do koncepcji. Konstytucja jest dla niego meblem z innej epoki, trochę jak ciężka komoda po babci – solidna, ale niepraktyczna, zajmująca miejsce, które można by przecież wykorzystać lepiej.

W pewnym momencie ta opowieść przestaje być metaforą i zaczyna przypominać scenę, którą można by spokojnie wystawić na deskach teatru absurdu. Wyobraźmy sobie kuchenny stół, na nim cerata w kratę, talerz z kiełbasą, obok musztarda, a między tym wszystkim rozłożone kartki – projekt nowej konstytucji. Nawrocki pochyla się nad tekstem z miną gospodarza, który właśnie tłumaczy, jak ustawić ruszt, żeby się nie przypaliło, a Czarnek poprawia coś długopisem, mówiąc, że ten artykuł to może skrócić, bo za długi, a ten wyrzucić, bo przeszkadza w obracaniu kiełbasy.

Ktoś rzuca, że trzeba by dodać zapis o silnej władzy, ktoś inny, że o narodzie, ktoś jeszcze, że o tradycji, a wszystko to dzieje się w rytmie rozmowy, która brzmi jak narada przed grillem, gdzie najważniejsze jest, żeby było szybko, konkretnie i po naszemu. I tylko gdzieś z boku leży konstytucja z 1997 roku, jak stara książka kucharska, z której nikt już nie korzysta, ale którą wszyscy cytują, kiedy trzeba udawać, że coś ma sens.

I zaczyna się rozmowa, która brzmi poważnie, wygląda poważnie i jest przedstawiana jako poważna, choć w istocie przypomina naradę ludzi, którzy najpierw rozbili mechanizm, a teraz zastanawiają się, czy nie byłoby łatwiej zbudować nowy, zamiast przyznać, że nie potrafią naprawić starego.

Bo przecież wszyscy pamiętamy, jak wyglądało przestrzeganie tej konstytucji przez tych samych ludzi, którzy dziś chcą ją zmieniać. To trochę tak, jakby ktoś przez lata jeździł bez prawa jazdy, a teraz postulował reformę egzaminów, bo są zbyt wymagające. Albo jakby ktoś, kto notorycznie ignorował zasady gry, nagle zapragnął napisać nowy regulamin, w którym wygra zawsze.

W tej całej opowieści jest jednak moment szczególny, moment, w którym ironia przestaje być zabawna, a zaczyna być niepokojąca, kiedy pada zdanie, że konstytucje bywały uchwalane niezgodnie z przepisami prawa. Wypowiedziane niby mimochodem, niby jako historyczna ciekawostka, a jednak brzmiące jak instrukcja, jak podpowiedź, jak plan B dla sytuacji, w której rzeczywistość nie chce współpracować.

I nagle okazuje się, że nie rozmawiamy już o zmianie konstytucji, tylko o zmianie reguł gry, o przesunięciu granicy, o tym, co zrobić, kiedy prawa nie da się zmienić zgodnie z prawem. Wtedy pojawia się ta słynna „opcja atomowa”, słowo, które brzmi efektownie, niemal bohatersko, jak coś, co rozwiązuje problemy raz na zawsze.

Tyle że atomów nie używa się do remontów. Atomów używa się do niszczenia, a po nich nie zostaje uporządkowany dom, tylko krajobraz, w którym trudno odróżnić fundament od gruzu. Być może właśnie o to chodzi, choć nikt tego nie powie wprost, bo przecież łatwiej mówić o reformie niż o destrukcji, łatwiej opowiadać o nowym początku niż o świadomym demontażu tego, co jeszcze jakoś działa.

Gdzieś na końcu tej historii siedzi konstytucja, zmęczona, podrapana, niedoskonała, ale wciąż próbująca pełnić swoją rolę, jak strażnik, którego nikt już nie słucha, ale który wciąż stoi na posterunku, bo nie potrafi odejść.

I patrzy na tych wszystkich ludzi, którzy chcą ją zmienić, choć nigdy naprawdę jej nie przestrzegali, i rozumie coś, co dla nich pozostaje niewidoczne, że problemem nie jest tekst. Problemem jest czytelnik. Bo jeśli ktoś przez lata traktował prawo jak sugestię, to każdą nową konstytucję potraktuje dokładnie tak samo, jak kolejną wersję instrukcji, którą można odłożyć na bok, kiedy zaczyna przeszkadzać.

I wtedy państwo przestaje być wspólne, przestaje być przewidywalne, przestaje być czymkolwiek więcej niż narzędziem w rękach tych, którzy akurat mają siłę je trzymać.

A to już nie jest reforma. To jest zwykłe, brutalne upraszczanie świata, w którym prawo ma znaczenie tylko wtedy, kiedy jest wygodne. I w tym sensie najprostszy plan jest zawsze najgroźniejszy.

Bo najłatwiej zmienić konstytucję wtedy, kiedy wcześniej zmieniło się znaczenie słowa prawo.

A potem wystarczy zmienić znaczenie słowa państwo.


  1. Elzbieta Swiecicka

    Gorzkie słowa, prawdziwe. Co tu dodać?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights