LOSOWANIE SPRAWIEDLIWOŚCI CZYLI SĘDZIA Z KAPELUSZA

Warszawa

Wyobraźmy sobie spokojną, dostojną salę, w której prawo powinno pachnieć powagą, a sprawiedliwość powinna chodzić w lakierkach i mówić cicho, żeby nie spłoszyć sensu. Wyobraźmy sobie instytucję, która ma być ostatnią deską ratunku, ostatnim bastionem rozsądku, miejscem, gdzie nawet chaos zakłada marynarkę i próbuje mówić pełnymi zdaniami.

A teraz wstawmy do tej sceny Małgorzatę Manowską. I nagle wszystko zaczyna przypominać nie salę sądową, tylko szkolną zabawę, w której nauczyciel najpierw rozdaje karty, potem sprawdza kartkówki, a na końcu przyznaje sobie ocenę bardzo dobrą za wzorową organizację.

Bo oto mamy sytuację tak czystą, tak klarowną, że aż bezczelną w swojej prostocie: przewodnicząca Trybunału Stanu zostaje ukarana przez Trybunał Stanu, po czym z właściwą sobie elegancją postanawia, że od tej kary się odwoła. I to jeszcze nie jest najciekawsze.

Najciekawsze zaczyna się chwilę później. Bo o tym, kto rozpatrzy jej odwołanie, zdecyduje… ona sama. Oczywiście nie wprost, nie tak ordynarnie, bo przecież żyjemy w państwie prawa, a nie w kabarecie. Tu wszystko odbywa się zgodnie z procedurą, czyli z losowaniem. Do nieprzezroczystego pojemnika trafiają karteczki, ktoś losuje, ktoś notuje, ktoś udaje, że to wszystko ma sens.

I tylko jeden drobiazg nie pasuje do tej układanki. Ten drobiazg ma na imię logika. Nawet dziecko w przedszkolu rozumie, że nie można być sędzią we własnej sprawie. Ale najwyraźniej w pewnych kręgach prawniczych uznano, że przedszkole to jednak za niski poziom odniesienia i należy sięgnąć wyżej, do filozofii bardziej wyrafinowanej, takiej, w której można jednocześnie być stroną, organizatorem i reżyserem spektaklu.

Małgorzata Manowska ma zresztą długą i barwną historię takich występów, w których prawo jest traktowane nie jak zbiór zasad, tylko jak plastelina, z której można ulepić dowolny kształt, byle tylko pasował do aktualnych potrzeb. Jej kadencja jako pierwszej prezes Sądu Najwyższego to ciąg zdarzeń, które konsekwentnie przesuwają granicę między powagą instytucji a jej karykaturą.

Były już momenty, kiedy ignorowano orzeczenia Sądu Najwyższego i europejskich trybunałów, jakby były opinią znajomego przy kawie, a nie fundamentem porządku prawnego. Były sytuacje, w których podważano status sędziów, kiedy było to wygodne, a uznawano go, kiedy przestawało być niebezpieczne. Były decyzje kadrowe, które bardziej przypominały zarządzanie klubem towarzyskim niż instytucją państwa, i były takie chwile, kiedy pierwsza prezes Sądu Najwyższego zachowywała się nie jak strażnik konstytucji, tylko jak administrator systemu, który wie, gdzie kliknąć, żeby wynik był właściwy.

Był także ten szczególny rodzaj odwagi, który polega na tym, że mówi się o niezależności sądów, a jednocześnie wykonuje się polityczny układ sił z precyzją godną zegarmistrza. Była gotowość do firmowania rozwiązań, które budziły sprzeciw środowiska prawniczego, i była ta dziwna cisza, kiedy należało powiedzieć jasno, że coś jest nie do obrony.

I wszystko to składa się na portret, który nie jest ani przypadkiem, ani wypadkiem przy pracy. To jest konsekwencja. Konsekwencja człowieka, który nauczył się, że granice istnieją po to, żeby je interpretować, a zasady po to, żeby je stosować wybiórczo.

I teraz mamy kolejną odsłonę. Losowanie sędziego. Losowanie, które ma być symbolem bezstronności, a staje się symbolem czegoś dokładnie odwrotnego. Bo bezstronność polega na tym, że nie masz wpływu na wynik. A tutaj wpływ jest jak na dłoni, tylko ładnie zapakowany w proceduralny papier.

To trochę tak, jakby ktoś urządzał loterię, w której sam drukuje losy, sam miesza w bębnie i sam odbiera nagrodę, a potem mówi: proszę państwa, wszystko odbyło się zgodnie z zasadami.

Oczywiście można powiedzieć, że to tylko trzy tysiące złotych. Drobna kara, symboliczna, prawie że napiwek dla systemu. Tyle że nie chodzi o kwotę. Chodzi o mechanizm., bo jeśli można zrobić to przy trzech tysiącach, to można zrobić przy trzech milionach. A jeśli można zrobić przy pieniądzach, to można zrobić przy decyzjach, które ważą dużo więcej niż jakakolwiek suma.

I tu dochodzimy do sedna problemu, który nie ma twarzy tylko jednej osoby, choć akurat ta twarz jest wyjątkowo wyrazista. Problem polega na tym, że system pozwala. System pozwala, żeby ktoś w jednej sprawie był jednocześnie uczestnikiem i arbitrem. System pozwala, żeby procedura była wykorzystywana przeciwko jej własnemu sensowi. System pozwala, żeby coś, co miało być gwarancją sprawiedliwości, zamieniało się w jej parodię,  a kiedy system pozwala, zawsze znajdzie się ktoś, kto skorzysta. Manowska nie jest więc wyjątkiem.

Jest produktem. Produktem świata, w którym reguły są elastyczne, a odpowiedzialność rozmyta jak atrament w wodzie. Świata, w którym można przesuwać granice tak długo, aż ktoś przestanie pamiętać, gdzie one w ogóle były.

I wtedy pojawia się to uczucie, które trudno nazwać, ale łatwo rozpoznać. To nie jest już oburzenie. To nie jest nawet śmiech.

To jest coś pomiędzy, coś, co każe człowiekowi patrzeć na to wszystko jak na przedstawienie, które jest tak absurdalne, że zaczyna być smutne. Kiedy prawo zaczyna przypominać kabaret, to nie znaczy, że mamy więcej rozrywki. To znaczy, że mamy mniej państwa.

I w tej całej historii najzabawniejsze – a może właśnie najstraszniejsze – jest to, że wszystko odbywa się zgodnie z procedurą. Papier się zgadza. Podpisy są. Pieczątki przybite. Losy wrzucone do pojemnika.

A sens?

Sens nie wypadł. Sens został uznany za zbędny. Bo w świecie, w którym procedura zastępuje uczciwość, a formalność udaje sprawiedliwość, sens jest tylko przeszkodą.

Można go ominąć. Można go rozmyć. Można go wylosować i odłożyć na bok, jak kartkę, która nie pasuje do wyniku. I wtedy zostaje już tylko mechanizm. Mechanizm, który działa bez względu na to, czy ma rację. Mechanizm, który mieli ludzi, sprawy i znaczenia, aż wszystko zaczyna wyglądać tak samo.

I to jest moment, w którym państwo przestaje być państwem. Staje się procedurą. A procedura – jeśli nikt jej nie zatrzyma – nie potrzebuje ani prawdy, ani sprawiedliwości. Wystarczy jej, że działa. Nawet jeśli mieli nas wszystkich.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights