PREZES I JEGO MIĘDZYNARODÓWKA, CZYLI JAK ROZBIĆ UNIĘ NIE WYCHODZĄC Z DOMU (WERSJA ROZSZERZONA, CZYLI OPERETKA NA CZTERY AKTY I ROZPAD)

Warszawa

Jarosław Kaczyński od lat snuje wizję, w której Europa drży, Bruksela się poci, a on — niczym Napoleon w kapciach — rozstawia pionki na mapie kontynentu. Niestety pionki mają tę wadę, że czasem są ludźmi i chodzą własnymi drogami, a nawet — uwaga — przegrywają wybory.

I tak oto cały ten majestatyczny plan, budowany od co najmniej 2016 roku, kiedy to w Niedzicy przy pstrągu i pączku prezes snuł swoje imperialne wizje, właśnie się zawalił z hukiem przypominającym upadek szafy z PRL-u. Szafy pełnej dokumentów, których nikt nigdy nie przeczytał, ale wszyscy się ich bali.

Plan był prosty jak konstrukcja cepa i równie subtelny. Viktor Orbán miał rządzić wiecznie — coś jak Lenin, tylko z większą liczbą stadionów. Polska miała wrócić pod władzę PiS, a potem — jak w tanim filmie sensacyjnym — nastąpiłby wielki finał: prawicowa międzynarodówka rozsadza Unię Europejską od środka.

Problem polega na tym, że Orbán przegrał. A bez Orbána cały ten projekt przypomina spisek dwóch osób, z których jedna właśnie wyszła z pokoju i zamknęła drzwi.

Nie da się ukryć — Węgier był kluczowy. Miał kontakty, języki, wpływy, znajomości. Kaczyński ma natomiast przekonanie o własnej racji i mapę Europy, na której wszystko wygląda łatwiej, bo jest narysowane.

Orbán rozmawiał z Donaldem Trumpem. Kaczyński może co najwyżej obejrzeć jego przemówienie na YouTubie i pokiwać głową z aprobatą, co — trzeba przyznać — nie jest jeszcze polityką zagraniczną, choć w niektórych kręgach uchodzi za jej substytut.

Zresztą ta relacja zawsze była jednostronna. To nie był sojusz dwóch równorzędnych liderów. To było raczej coś w rodzaju politycznego zauroczenia, w którym jedna strona widzi w drugiej przyszłość Europy, a druga widzi… no właśnie, co widzi? Raczej użytecznego partnera od blokowania unijnych sankcji.

Bo kiedy w 2022 roku świat zobaczył Buczę, Orbán zobaczył… brak dowodów. A Kaczyński zobaczył okulistę. To była jedna z tych rzadkich chwil, kiedy rzeczywistość wdarła się do tej relacji jak nieproszony gość na imieniny.

Ale nawet wtedy prezes nie porzucił marzenia. Bo marzenie o rozbiciu Unii Europejskiej ma w sobie coś z romantyzmu. Tyle że jest to romantyzm bardzo swoisty — taki, w którym zamiast Mickiewicza mamy konferencję prasową, a zamiast „Dziadów” — briefing o suwerenności.


AKT DRUGI: ROZPAD, CZYLI JAK SIĘ ROZBIJA WŁASNĄ PARTIĘ PRZED ROZBICIEM UNII

Bo oto, gdy wielka geopolityka zaczęła się sypać, krajowa polityka postanowiła zrobić to szybciej i dokładniej. PiS, jeszcze niedawno partia monolityczna jak blok z wielkiej płyty, dziś przypomina raczej ten blok po trzęsieniu ziemi — stoi, ale każdy patrzy, czy się nie zawali.

Mateusz Morawiecki — niegdyś technokratyczny pupil prezesa — nagle odkrył w sobie duszę budowniczego alternatywy. Stowarzyszenie „Rozwój Plus” brzmi jak nazwa programu unijnego, ale jest raczej zwiastunem rozbioru wewnętrznego. Listy nazwisk krążą, liczby się zgadzają: trzydziestu kilku posłów wystarczy, żeby przestać być dodatkiem, a zacząć być problemem.

Prezes nie może ustąpić, bo przestałby być prezesem. Morawiecki nie może się wycofać, bo przestałby być kimkolwiek. I tak oto mamy klasyczny polski dramat: dwóch ludzi, którzy nie mogą się dogadać, bo obaj mają rację — przynajmniej we własnej głowie.

W tle majaczy wizja czterech list prawicy, które przy polskiej ordynacji wyborczej działają jak samobójczy eksperyment matematyczny. Każdy dostaje trochę głosów, nikt nie dostaje władzy, a najbardziej zadowolony jest Donald Tusk, który — jak wiadomo — nie musi nic robić, kiedy przeciwnik robi wszystko sam.


AKT TRZECI: PAŃSTWO Z DYKTY I SŁOWO „WOBEC”

A gdzieś nad tym wszystkim unosi się duch instytucjonalnego absurdu, który osiąga szczyty godne kabaretu, choć nikt nie ma odwagi się śmiać.

Trybunał Konstytucyjny przypomina dziś teatr, w którym część aktorów nie została wpuszczona na scenę, bo nie złożyła przysięgi „wobec” właściwej osoby. I tu zaczyna się lingwistyczna orgia: czy „wobec” znaczy „przed”, „przy”, „obok”, czy może „w ogóle niekoniecznie”?

Prezydent przyjmuje ślubowanie od dwóch sędziów, czterech ignoruje, a ci czterej ślubują sobie nawzajem w Sejmie, przy świadkach i notariuszu, jakby zawierali małżeństwo z konstytucją.

W tle pojawia się głos byłego prezydenta, który przypomina, że jednak nie można wybierać sobie sędziów jak owoców na targu. Ale głos rozsądku w polskiej polityce ma tę właściwość, że pojawia się za późno i znika za szybko.


AKT CZWARTY: GLOBALNA OPERETKA

Na świecie tymczasem trwa festiwal absurdu, przy którym polska scena polityczna zaczyna wyglądać niemal powściągliwie.

Donald Trump jednego dnia grozi końcem cywilizacji, drugiego zmienia zdanie. JD Vance poucza Europę o suwerenności, stojąc w Budapeszcie i ingerując w wybory bardziej niż jakikolwiek „brukselski urzędnik”.

A Polska? Polska ćwiczy. Dosłownie. Prezydent trenuje z Pudzianowskim, budując „łapę”, podczas gdy państwo próbuje podnieść coś znacznie cięższego — własną wiarygodność.


FINAŁ: MARZENIE TRWA

Nie ma Orbána, nie ma planu, nie ma międzynarodówki. Jest za to rozchwiana partia, spór o sędziów, globalny chaos i politycy, którzy wciąż mówią o strategii, jakby rzeczywistość była tylko drobną niedogodnością.

Unia Europejska trwa. Polska trwa. Nawet PiS jeszcze trwa — choć coraz bardziej jak konstrukcja, która stoi siłą przyzwyczajenia.

A Jarosław Kaczyński nadal marzy.

Bo w gruncie rzeczy cała ta historia nie jest o polityce. Jest o marzeniu, że świat można urządzić według własnego planu, nawet jeśli ten plan nie wytrzymuje kontaktu z rzeczywistością.

I może właśnie dlatego jest w tym coś ujmującego.

Jak w operetce, w której wszyscy śpiewają, choć statek już dawno nabiera wody.


  1. Stefan Kubów

    Warto czytać, bo ustawia Pan figury i pionki na szachownicy, tak jak należy, a nie tak, jakby marni gracze, nie znający nawet reguł gry, chcieli je widzieć

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights