

Państwo polskie weszło w etap, w którym rzeczywistość polityczna przypomina nie tyle teatr absurdu, ile jego prowincjonalną objazdową wersję, gdzie aktorzy zapominają tekstu, sufler śpi, a widownia i tak klaszcze, bo już zapłaciła za bilet i głupio wyjść.
Sejm nie odrzucił weta prezydenta Karola Nawrockiego do ustawy o kryptoaktywach, choć zabrakło zaledwie dwudziestu głosów – liczby na tyle niewielkiej, że w poważnym państwie oznaczałaby dramat polityczny, a w Polsce oznacza po prostu, że ktoś nie zagłosował, bo akurat zajmował się sobą, swoim losem albo swoim miejscem na liście.
Bo oto Jarosław Kaczyński i Mariusz Błaszczak siedzą na sali, fizycznie obecni, mentalnie gdzieś pomiędzy taktyką a ucieczką, i w kluczowym momencie postanawiają nie zrobić nic. Nie głosują. Nie sprzeciwiają się. Nie popierają. Po prostu znikają w procedurze jak urzędnik w piątek o 14:55.
To nie jest już polityka, to jest ontologia: nie głosuję, więc nie ponoszę odpowiedzialności.
Donald Tusk, który najwyraźniej uznał, że skoro scena jest kryminalna, to trzeba grać rolę śledczego, rzuca z mównicy pytanie tak proste, że aż niebezpieczne:
„Czy pan wiedział, że pański zastępca bierze pieniądze od Zondacrypto?”
I nagle wszystko robi się niezręczne, bo w tym jednym zdaniu zawiera się coś więcej niż zarzut – zawiera się sugestia, że polityka przestała być grą idei, a stała się obiegiem środków finansowych o niejasnym pochodzeniu i jeszcze bardziej niejasnym przeznaczeniu.
Premier dorzuca do tego opowieść o firmie, której kariera – jak twierdzi – zaczęła się od pieniędzy rosyjskiej mafii, o zaginionym założycielu, o setkach milionów dolarów zamrożonych w portfelu, do którego dostęp ma ktoś, kto być może już nie żyje. To nie jest już nawet polityka, to jest fabuła, w której brakuje tylko detektywa z problemem alkoholowym.
I wtedy, gdy wydaje się, że ktoś wreszcie spróbuje odpowiedzieć, następuje klasyczny manewr: konferencja.
Konferencja Jarosława Kaczyńskiego po głosowaniu była majstersztykiem uniku, popisem retorycznego aikido, w którym każde pytanie zostaje obrócone w coś zupełnie innego, najlepiej niezwiązanego z tematem.
Nie ma odpowiedzi o Zondacrypto. Nie ma odpowiedzi o pieniądze. Nie ma odpowiedzi o brak głosu.
Jest za to Mateusz Morawiecki.
Nagle najważniejszym problemem państwa nie jest potencjalna kryptoafera z rosyjskim cieniem w tle, tylko fakt, że były premier ośmielił się stworzyć coś, co przypomina strukturę równoległą.
„Na jednej partii nie może wyrastać druga” – mówi Kaczyński, jak ogrodnik, który odkrył, że z jego starannie pielęgnowanego trawnika wyrasta coś, co ma ambicję być drzewem.
A potem pada zdanie, które powinno zostać wyryte na drzwiach każdej siedziby partyjnej w Polsce:
„Dla ludzi, którzy będą się w to angażowali, miejsc na listach nie będzie.”
I w tym momencie wszystko układa się w logiczną całość: nie chodzi o państwo, nie chodzi o obywateli, nie chodzi o rynek, nie chodzi o bezpieczeństwo finansowe, tylko o listy.
Listy są realne. Reszta jest dekoracją.
Konferencja staje się więc spektaklem odwracania uwagi: kiedy padają pytania o miliardy, odpowiada się o strukturach; kiedy mowa o mafii, mówi się o statucie; kiedy ktoś pyta o brak głosu, słyszy o dyscyplinie.
To jest polityka w wersji iluzjonistycznej, gdzie publiczność widzi tylko to, co ma zobaczyć, a najważniejsze rzeczy dzieją się poza kadrem.
I tak kończy się dzień, w którym ustawa nie przeszła, weto wygrało, odpowiedzi nie padły, a jedynym konkretem okazało się przypomnienie, kto rozdaje miejsca przy stole.
Reszta to narracja, dym i cyfrowe złudzenia.
I naprawdę trudno się dziwić, że w takim świecie ludzie zaczynają bardziej ufać algorytmowi niż politykowi – bo algorytm przynajmniej nie wychodzi na konferencję, żeby nie powiedzieć nic.

Dodaj komentarz