KSIĄŻĘTA OD PRZELEWÓW, CZYLI PAŃSTWO JAKO ZBIÓR SUBSKRYPCJI

Warszawa

Polska polityka weszła w fazę, w której nie udaje już nawet, że zarządza państwem; zarządza nastrojem, kadrem i przelewem, a reszta jest dekoracją. Mamy więc dzień, w którym jedni obiecują, że „zostawią ludziom więcej pieniędzy”, drudzy proszą tych samych ludzi o wpłaty, a trzeci – gdzieś pomiędzy – kłócą się o to, kto jest czyim księciem i czyje księstwo jest jeszcze w granicach mapy.

Zacznijmy od gestu hojności, który w Polsce zawsze pachnie podejrzanie. Podniesienie drugiego progu podatkowego – z 120 do 140 tysięcy – zostało sprzedane przez Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz jako prezent dla klasy średniej. Prezent, który według wyliczeń ma zostawić „nawet 4 tysiące złotych rocznie w portfelu”. Nawet. Słowo-klucz, które w polskiej polityce znaczy tyle, co „o ile wszystko pójdzie dobrze, a nic nigdy nie idzie dobrze”.

Autorka projektu zapewnia, że to rozsądek i ulga dla pracujących, jakby właśnie odkryła ekonomię na poziomie podręcznika do liceum. Inni odpowiadają chłodno, że to „narzędzie politycznej rozgrywki przeciw ministrowi finansów i rządowi”. W praktyce wygląda to mniej jak komedia, a bardziej jak rodzinny obiad, na którym ktoś wyciąga nóż do krojenia tortu, a reszta zastanawia się, czy przypadkiem nie będzie nim krojona.

I wtedy wchodzi Karol Nawrocki z prezydenckim: „To dobra inicjatywa”. Jedno zdanie, które w normalnym kraju kończy dyskusję, a w Polsce ją rozpala. Bo jeśli przeciwnik chwali, to znaczy, że coś jest nie tak. Jeśli prezydent popiera, to znaczy, że ktoś gdzieś przeliczył się politycznie. Jeśli wszyscy są za – to znaczy, że zaraz ktoś będzie bardzo przeciw.

W tym samym czasie, gdy jedni liczą cudze pieniądze, drudzy liczą własne wpływy. Mateusz Morawiecki wyciąga „Rozwój Plus”, który brzmi jak nazwa programu gospodarczego, ale funkcjonuje jak polityczna tratwa ratunkowa dla tych, którzy czują, że na pokładzie robi się tłoczno i zaczyna brakować powietrza. Język jest miękki: „eksperci”, „rozwój”, „odpowiedzialność”. Praktyka jest twarda: 40 posłów dziś, „60–70 w ciągu miesiąca czy dwóch”, jak zapowiadają jego współpracownicy. To już nie inicjatywa. To spis ludności przed rozbiorem.

Na co druga strona odpowiada równie subtelnie, czyli jak zawsze – toporem retorycznym. Przemysław Czarnek pisze o „zdradzie”, politycy z Nowogrodzkiej mówią o „rozbijackiej robocie” i „stawianiu się poza środowiskiem”, a jeden z rozmówców Onetu rzuca wprost: „Morawiecki oszukał ludzi”. Z kolei ludzie Morawieckiego kontrują: „my się nie cofniemy”, co brzmi jak deklaracja załogi Titanica, która postanowiła zostać przy orkiestrze do samego końca. Brzmi to jak dialog z filmu, w którym wszyscy grają główne role, ale nikt nie pamięta, o czym właściwie jest fabuła.

I wtedy następuje scena, którą należałoby oprawić w ramy i powiesić w galerii narodowej absurdu. Konferencja. Jarosław Kaczyński ustawia za sobą Mateusza Morawieckiego i Przemysława Czarnka – jakby chciał pokazać, że wszystko jest pod kontrolą – po czym mówi: „zwracam się z serdeczną prośbą o wpłaty na konto partii”.

To jest moment czystej, krystalicznej prawdy, tak rzadkiej w tej branży jak uczciwy przetarg. „Bez środków nie będzie to możliwe” – dodaje Jarosław Kaczyński, czym niechcący streszcza całą filozofię współczesnej polityki. Czyli partia aspirująca do rządzenia państwem mówi wprost: prosimy o przelew, inaczej demokracja się nie odbędzie. Polityka jako abonament. Wybory jako usługa premium. Jedność jako pakiet rodzinny, w którym każdy ma swoje konto i swoje pretensje.

W tle tej opery budżetowej pojawia się jeszcze jeden, znacznie mniej widowiskowy, a przez to bardziej wiarygodny obraz: szpitale powiatowe szykują czarne plakaty. Bez metafor. Bez konferencji. Bez „nawet 4 tysięcy w portfelu”. Jest tylko informacja: system finansowania ochrony zdrowia nie działa. I to jest jedyne zdanie tego dnia, które nie potrzebuje interpretacji, bo nie ma w nim marketingu.

Reszta świata też dorzuca swoje didaskalia. Donald Trump ogłasza „zawieszenie broni” jak komunikat prasowy. Iran chce gwarancji bezpieczeństwa, zanim zacznie cokolwiek gwarantować. Pete Hegseth modli się w Pentagonie tak, że brzmi to jak cytat z „Pulp Fiction”, tylko bez ironii, za to z mikrofonem.

A w Polsce trwa spokojna, metodyczna feudalizacja, która przypomina bardziej rozpad starej kamienicy niż budowę nowego państwa. Ktoś jest jeszcze „w partii”, ale już buduje własne zaplecze jak lokator, który właśnie zaczął wynosić meble przed eksmisją. Ktoś „nie odchodzi”, ale liczy swoich ludzi, jakby szykował listę gości na własne przyjęcie. Ktoś „apeluje o jedność”, ale jednocześnie zbiera środki, jakby szykował się na oblężenie, tylko nie bardzo wiadomo, przez kogo. Z dużego królestwa robią się księstwa. Z księstw – udzielne domeny. Z wyborców – abonenci, którzy płacą, oglądają i coraz rzadziej wierzą.

I tylko jedno zdanie zostaje po tym dniu, bardziej uczciwe niż wszystkie inne razem wzięte: „bez środków nie będzie to możliwe”. W nim mieści się wszystko – podatki, wpłaty, ambicje, zdrady i jedności na pokaz. Bo jeśli polityka sprowadza się do przepływów finansowych i przepływów ludzi, to może jedyną naprawdę szczerym programem byłoby po prostu opublikowanie numeru konta i tabeli opłat.

A resztę zostawić historii, która – jak zwykle – wystawi rachunek bez rabatu.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights