
Są politycy, którzy czytają raporty wywiadu, analizują mapy, rozumieją, gdzie kończy się propaganda, a zaczyna rzeczywistość. I są też tacy, którzy czytają własne wpisy w internecie i traktują je jak objawienie. Donald Trump należy do tej drugiej kategorii – i robi to z takim skupieniem, jakby właśnie odkrywał nową wersję Dekalogu, tylko pisaną caps lockiem.
Wojna z Iranem pokazała go w całej okazałości: najpierw zapowiedź końca cywilizacji, potem groźby zniszczenia państwa kontrolującego jedną piątą światowego przepływu ropy, a na koniec – nagłe wycofanie się z własnych słów, jakby ktoś przypomniał mu, że świat to nie plansza do gry, tylko układ naczyń połączonych.
To nie jest strategia. To jest napad emocjonalny z dostępem do armii.
I właśnie w tym momencie na scenę – z godnością i powagą godną chóru w operze – wchodzi polska prawica.
SOLIDARNOŚĆ, CZYLI PODAJCIE PILOTA
Politycy PiS od lat budują wizję świata, w której Ameryka jest czymś więcej niż sojusznikiem – jest gwarantem sensu, bezpieczeństwa i metafizycznego porządku. Problem polega na tym, że Ameryka Trumpa przypomina raczej właściciela nocnego baru niż strażnika ładu światowego.
Dziś cię przytuli. Jutro wyrzuci. Pojutrze nie będzie pamiętał, kim jesteś.
I wtedy pojawia się głos z Warszawy.
Marcin Przydacz tłumaczy, że „musimy być solidarni” w sprawie Ormuzu. Solidarność – jak wiadomo – to piękne słowo. Tylko że tutaj oznacza ono mniej więcej tyle, co: stań obok, kiedy ktoś kopie w stół i udawaj, że to plan.
Gdy zrobiło się gorąco, ten sam Przydacz zaczął wyjaśniać, że przecież chodziło tylko o „dyplomatyczne wsparcie”. W polskiej polityce oznacza to zwykle: powiedziałem za dużo, więc teraz powiem mniej, ale z poważniejszą miną.
Z kolei środowisko wokół Karola Nawrockiego od miesięcy opowiada o „największym przyjacielu Polski”, który akurat w tym czasie zastanawia się, czy NATO w ogóle jest mu potrzebne. To trochę tak, jakby ktoś chwalił solidność mostu w chwili, gdy inżynier publicznie rozważa jego rozbiórkę.
A Mateusz Morawiecki? Ten sam, który potrafił zapewniać, że relacje z USA są „najlepsze w historii”, kiedy Amerykanie traktowali Polskę jak klienta w kolejce po sprzęt, a nie partnera przy stole.
Solidarność? Owszem. Tylko że jednostronna.
To już nie jest polityka zagraniczna. To jest polityka zależności emocjonalnej – i to tej najbardziej naiwnej, w której jedna strona wysyła serduszka, a druga rachunki.
IMPERIUM NA HUMORZE PREZYDENTA
Cieśnina Ormuz – wąskie gardło świata. 20 procent ropy. Jedna decyzja i globalna gospodarka dostaje zadyszki.
Iran to rozumie. Chiny to rozumieją. Rosja to rozumie.
Trump rozumie, że trzeba coś napisać. Grozi zniszczeniem infrastruktury cywilnej, mówi o końcu cywilizacji, po czym wraca do negocjacji. Jakby świat był rozmową handlową o nieruchomościach w Atlantic City.
Najlepsze jest jednak to, że jego polityka robi dokładnie odwrotnie niż deklaruje: – wzmacnia Rosję przez droższą ropę, – wzmacnia Chiny przez destabilizację handlu, – wzmacnia Iran, który nagle staje się kluczowym graczem. To nie jest siła. To jest geopolityczny sabotaż z własnej ręki.
A Polska? Polska analizuje, czy odpowiedź premiera była wystarczająco złośliwa.
PiS, CZYLI WIARA SILNIEJSZA NIŻ FAKTY
Polityka PiS wobec USA dawno przestała być kalkulacją. Stała się religią. Ameryka zawsze pomoże. Trump zawsze dotrzyma słowa. Lojalność zawsze zostanie nagrodzona.
Jarosław Kaczyński przez lata budował wizję „Budapesztu w Warszawie”, zachwycony modelem Viktora Orbána. Dziś Budapeszt się zmienia, Orbán przegrywa, a Trump – jego największy patron – kompromituje się na oczach świata. Wizja została. Rzeczywistość uciekła.
Zbigniew Ziobro i jego środowisko opowiadali o suwerenności, jednocześnie wspierając rozwiązania, które uzależniały Polskę od jednego kierunku politycznego. Suwerenność w ich wydaniu przypominała dietę cud: dużo deklaracji, zero efektów.
Sławomir Mentzen z kolei walczył o „wolność rynku krypto”, co w praktyce oznaczało: nie przeszkadzajmy nikomu, nawet jeśli nie do końca wiemy, kto i co robi. Wolność – owszem. Rozum – fakultatywny.
Trump pokazał jasno: sojusz to narzędzie. Można je wykorzystać, można je porzucić. Można je sprzedać za lepszą ofertę. A mimo to PiS zachowuje się jak klient, który wierzy, że jeśli będzie wystarczająco miły, to właściciel kasyna odda mu pieniądze.
Nie odda. Odda rachunek. I jeszcze napiwek.
RZĄD, KTÓRY TWEETUJE HISTORIĘ
Po drugiej stronie stoi rząd Donalda Tuska. I ma w ręku coś bezcennego: dowód. Dowód, że Ameryka Trumpa nie jest stabilnym partnerem. Dowód, że świat się zmienia. Dowód, że trzeba budować alternatywy.
I co z tym robi?
Tweetuje.
Donald Tusk potrafi celnie zapytać, czy ktoś chce „wplątać Polskę w wojnę”. Trafne. Błyskotliwe. Nośne. Tylko że polityka nie kończy się na pytaniu. Ona się tam dopiero zaczyna.
Michał Szczerba potrafi się oburzyć. Przydacz potrafi grozić pozwem. Republika potrafi zrobić z tego serial.
A gdzie jest strategia?
Zamiast zbudować narrację o Europie jako realnym filarze bezpieczeństwa, zamiast tłumaczyć, zamiast przekonywać – mamy cyfrowe przepychanki, które wyglądają jak sparing na szkolnym korytarzu, tylko transmitowany na żywo.
To trochę tak, jakby w czasie pożaru ktoś prowadził transmisję i komentował płomienie. Z humorem. Z dystansem. Z błyskotliwością. Tylko że dom nadal się pali. I nikt nie niesie wody.
PREZYDENT OD WETA I CHAOSU
I wreszcie on – Karol Nawrocki. Prezydent, który najwyraźniej uznał, że jego rolą w państwie nie jest prowadzenie polityki, tylko jej blokowanie.
Dwa weta w sprawie regulacji rynku kryptowalut. Dwa razy zatrzymany proces, który miał wprowadzić minimalny choćby nadzór nad sektorem, w którym – jak się okazuje – znikają miliardy, a ślady prowadzą w stronę polityki, biznesu i bardzo nieprzyjemnych historii.
To nie jest przypadek. To jest metoda. Nawrocki wetuje, kiedy trzeba regulować. Nawrocki przeszkadza, kiedy trzeba porządkować. Nawrocki milczy, kiedy trzeba wyjaśniać.
Za to doskonale odnajduje się tam, gdzie trzeba pokazać lojalność wobec PiS, Kaczyńskiego i całej tej politycznej konstrukcji, która udaje państwo, a działa jak spółdzielnia interesów.
W sprawie kryptowalut prezydent nie tylko zablokował ustawę. On de facto zapewnił komfort funkcjonowania systemowi, który – jeśli choć część doniesień jest prawdziwa – może mieć powiązania znacznie poważniejsze niż tylko „problemy techniczne”.
To już nie jest polityka. To jest ochrona chaosu. Prezydent, który powinien stać na straży państwa, stoi na straży braku zasad. A potem jedzie na Węgry wspierać Orbána. Tego samego Orbána, który właśnie przegrał wybory. Wyczucie czasu – chirurgiczne.
ŚWIAT SIĘ PALI, MY DYSKUTUJEMY O KOMENTARZACH
Świat się zmienia szybciej niż polska debata: – Rosja finansuje operacje w kryptowalutach i prowadzi wojnę hybrydową, – Iran używa geografii jak broni, – Chiny spokojnie przejmują kontrolę nad łańcuchami dostaw, – a USA zaczynają przypominać państwo, które najpierw działa, potem myśli.
To nie jest świat dla romantyków. To jest świat dla tych, którzy potrafią liczyć.
FINAŁ: LOT Z PILOTEM, KTÓRY MÓWI DO SIEBIE
Trump nie jest wyjątkiem. Jest ostrzeżeniem. Pokazuje, co się dzieje, gdy największe mocarstwo świata zaczyna działać jak człowiek, który najpierw mówi, potem myśli, a na końcu zaprzecza, że mówił.
PiS widzi w tym partnera.
Rząd widzi w tym okazję – i nie bardzo wie, co z nią zrobić.
A Polska stoi gdzieś pośrodku i udaje, że to wszystko jest normalne.
To trochę tak, jakby pasażerowie samolotu zauważyli, że pilot prowadzi rozmowę sam ze sobą, zmienia kurs co kilka minut i co jakiś czas grozi, że wysadzi maszynę w powietrze – a potem uznali, że najważniejsze jest to, kto lepiej skomentuje sytuację przez głośnik.
Pytanie nie brzmi już: dokąd lecimy. Pytanie brzmi: czy ktoś jeszcze pamięta, gdzie jest wyjście awaryjne.

Dodaj komentarz