
Powszechnie uważa się – i powtarza się to z uporem godnym lepszej sprawy, jak zaklęcie szeptane przed snem – że niezależne sądy są ostatnią linią obrony demokracji. Bastionem, który stoi niewzruszenie, kiedy reszta instytucji zaczyna się chwiać, twierdzą, której nie da się zdobyć ani szturmem, ani podstępem. To brzmi pięknie, kojąco, niemal jak obietnica, że gdzieś istnieje miejsce odporne na polityczne wichry.
W Polsce ten bastion coraz częściej przypomina jednak elegancki salon gier, w którym zmieniają się krupierzy, karty są rozdawane na nowo, a reguły – choć zapisane – podlegają dyskretnej korekcie w zależności od tego, kto akurat siedzi przy stole. I tylko stawka pozostaje niezmienna: władza nad interpretacją prawa, czyli władza nad rzeczywistością.
Nie opowiadajmy sobie, że chodzi o akademicki spór o znaczenie przepisów. To nie jest seminarium, na którym studenci spierają się o przypisy. To jest długi, ciągnący się od lat konflikt o to, kto będzie miał ostatnie słowo – a w państwie prawa ostatnie słowo ma ten, kto decyduje, co prawo znaczy.
I wszystko zaczyna się, jak to zwykle bywa, od teorii, która wygląda znakomicie, dopóki nie zetknie się z praktyką.
TEORIA, KTÓRA PĘKA POD CIŚNIENIEM
Alexander Hamilton pisał o sądach jak o doskonałej barierze przed nadużyciami władzy. Można go czytać jak poetę ustrojowego optymizmu: sędziowie jako strażnicy, którzy nie ulegają nastrojom chwili, nie poddają się presji, nie uginają się pod ciężarem polityki. Brzmi to jak fragment konstytucyjnej baśni, w której wszystko działa tak, jak powinno.
Tyle że każda bariera, nawet najbardziej solidna, może zostać przejęta, obsadzona i wykorzystana do zupełnie innych celów, niż przewidywał jej projektant. Wystarczy zmienić sposób powoływania sędziów, wystarczy przesunąć kilka akcentów instytucjonalnych, wystarczy cierpliwość – i nagle okazuje się, że ta sama instytucja, która miała powstrzymywać władzę, zaczyna ją osłaniać albo, co bywa jeszcze bardziej paradoksalne, zaczyna ją zwalczać w sposób, który rozsadza reguły gry.
Sądy nie są bowiem abstrakcyjnym bytem. Są zbiorem ludzi, procedur i zależności. A gdzie są zależności, tam zawsze pojawia się pytanie: kto je kontroluje.
POLSKA: HISTORIA PRZEJĘCIA I JEGO SKUTKÓW
Polski rozdział tej historii zaczyna się w momencie, który wielu próbuje dziś przedstawiać jako zwykły spór polityczny, choć był to raczej punkt zwrotny. Po 2015 roku zmieniono mechanizmy, które dotąd – mniej lub bardziej skutecznie – rozpraszały władzę nad sądami.
Trybunał Konstytucyjny został przejęty w sposób, który do dziś pozostaje podręcznikowym przykładem działania „na skróty”: dublerzy, niepublikowane wyroki, selektywne uznawanie orzeczeń. Instytucja, która miała być strażnikiem konstytucji, zaczęła pełnić funkcję, która przypomina raczej kancelarię potwierdzającą decyzje polityczne.
Krajowa Rada Sądownictwa została przebudowana tak, by większość parlamentarna miała realny wpływ na wybór sędziów. To był ruch techniczny tylko z nazwy. W praktyce oznaczał przesunięcie środka ciężkości całego systemu.
Sąd Najwyższy – zderzony z ustawami o wieku emerytalnym, z Izbą Dyscyplinarną, z kolejnymi „reformami” – stał się polem eksperymentów, które jednocześnie testowały granice prawa i cierpliwości instytucji europejskich.
To nie były pojedyncze błędy. To była metoda.
A jeśli ktoś potrzebuje przypisów, żeby uwierzyć, że to nie jest felietonowa przesada, to proszę bardzo: wyrok TSUE z 15 lipca 2021 r. w sprawie C‑791/19, który wprost wskazał, że Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego nie spełnia standardów niezależności; zabezpieczenia TSUE nakazujące jej zawieszenie; kary finansowe za ich ignorowanie; wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie Xero Flor przeciwko Polsce, gdzie stwierdzono, że udział „sędziego dublera” narusza prawo do sądu; uchwała trzech izb Sądu Najwyższego z 23 stycznia 2020 r., która próbowała jeszcze nazwać rzeczy po imieniu, zanim rzeczy przestały mieć stałe nazwy.
A potem, z właściwą sobie elegancją, Trybunał Konstytucyjny w składzie, który sam jest przedmiotem sporu, orzekł, że prawo unijne – w zakresie, w jakim nie podoba się władzy – jednak nie obowiązuje. I w tym momencie przestaliśmy udawać, że gramy według wspólnych reguł. Zaczęliśmy pisać własne.
METODY PRZESZKADZANIA – PODRĘCZNIK, KTÓRY PISZE SIĘ NA NASZYCH OCZACH
A potem przyszła zmiana władzy i rozpoczęła się druga część tej historii – nie mniej brutalna, tylko bardziej zawoalowana. Bo jeśli ktoś myślał, że demontaż systemu jest trudny, to powinien zobaczyć, jak wygląda jego naprawa w warunkach aktywnego sabotażu.
Metody są zaskakująco konsekwentne.
Po pierwsze: blokowanie formalne. Prezydent – zamiast pełnić rolę ceremonialną – zaczyna odgrywać rolę arbitra, który wybiera, które procedury uzna, a które nie. Przypadek sędziów Trybunału Konstytucyjnego i odmowy przyjęcia ślubowania od części z nich to modelowy przykład. Prawo mówi jedno, praktyka robi drugie, a uzasadnienie powstaje po fakcie.
Po drugie: mnożenie wątpliwości prawnych. Każda decyzja rządu jest natychmiast kwestionowana – czy to przez Trybunał, czy przez prezydenckich prawników, czy przez instytucje obsadzone w poprzednich latach. Nie chodzi o to, żeby wygrać spór. Chodzi o to, żeby go przedłużyć.
Po trzecie: delegitymizacja przeciwnika. Sędziowie stają się „polityczni”, decyzje są „bezprawne”, działania „groteskowe”. Język nie służy opisowi rzeczywistości, tylko jej podważaniu.
Po czwarte: wykorzystywanie instytucji do blokowania zmian. Trybunał Konstytucyjny – w obecnym składzie – staje się narzędziem, które może zatrzymać lub opóźnić niemal każdą reformę.
I wreszcie metoda najprostsza, a zarazem najskuteczniejsza: czas. Bo im dłużej trwa chaos, tym trudniej go uporządkować.
Do tego dochodzi metoda piąta, którą można by nazwać metodą Żurka – nie dlatego, że ją stosuje, tylko dlatego, że ją na sobie testuje. Sędzia Waldemar Żurek, symbol sprzeciwu wobec deformy, przez lata był przerzucany między wydziałami, ścigany dyscyplinarnie, publicznie grillowany, aż stał się dowodem, że system potrafi karać nie za błędy, tylko za kręgosłup. I kiedy dziś mówi się o „naprawie sądownictwa”, to gdzieś w tle słychać cichy chichot systemu, który już raz pokazał, jak traktuje tych, którzy próbują go naprawiać.
Rząd Donalda Tuska próbuje tę konstrukcję rozmontować – odwrócić zmiany w KRS, uporządkować status sędziów, przywrócić sens słowu „praworządność”. Tyle że robi to w sytuacji, w której połowa instytucji jest nadal obsadzona przez ludzi poprzedniej epoki, a druga połowa boi się, że za chwilę znów zmieni się epoka.
DZISIEJSZY DZIEŃ: MINIATURA WIĘKSZEGO PROBLEMU
Spór o ślubowanie sędziów Trybunału Konstytucyjnego – z udziałem Nawrockiego, jego kancelarii i całego zaplecza politycznego – jest tylko kolejną odsłoną tej strategii.
Mamy sytuację, w której sędziowie zostają wybrani, składają ślubowanie, przekazują je prezydentowi, a mimo to słyszą, że… właściwie nic się nie wydarzyło.
Prezes Trybunału twierdzi, że nie może ich uznać, bo nie dostał odpowiedniego „poinformowania”. Kancelaria Prezydenta sugeruje, że sędziowie sami się pozbawili stanowisk. Argumenty zaczynają przypominać konstrukcje z papieru – im bardziej się je rozwija, tym mniej mają wspólnego z rzeczywistością.
A jednak działają. Bo w tej grze nie chodzi o logikę. Chodzi o efekt.
Bo jeśli prezydent – czy to Andrzej Duda wcześniej, czy dziś Karol Nawrocki w swojej nowej roli strażnika proceduralnej czystości – może uznać, że ślubowanie „wobec” to jednak nie „w obecności”, a następnie z tej lingwistycznej gimnastyki wyprowadzić realne skutki prawne, to znaczy, że język prawa przestał być narzędziem opisu, a stał się narzędziem władzy.
A jeśli Trybunał Konstytucyjny pod kierownictwem Julii Przyłębskiej, a potem Bogdana Święczkowskiego, może raz być sądem, raz tarczą, a raz mieczem – w zależności od potrzeb – to znaczy, że przestaliśmy mieć instytucję, a zaczęliśmy mieć instrument.
PUENTA, KTÓRA NIE POWINNA BYĆ POTRZEBNA
I dochodzimy do momentu, w którym wszystko zaczyna się układać w niepokojąco spójną całość.
Sądy mogą być niezależne. Mogą być podporządkowane. Mogą być polem walki. Ale najgorsze, co może się z nimi stać, to to, że przestaną być czymkolwiek pewnym. Bo kiedy obywatel przestaje wiedzieć, czy wyrok sądu jest prawem, czy tylko kolejnym ruchem w politycznej grze, państwo prawa nie upada z hukiem.
Ono się rozpuszcza. Powoli, cicho, niemal elegancko. I w pewnym momencie orientujesz się, że nie ma już czego bronić. Bo wszystko stało się interpretacją.
A w państwie, w którym prawo jest tylko interpretacją, wygrywa nie ten, kto ma rację, tylko ten, kto ma długopis, mikrofon i chwilową większość.
I to jest ten moment, w którym przestajesz pytać, co mówi prawo.
Zaczynasz pytać, kto dziś je mówi.

Dodaj komentarz