SOBOTNI SEJF PREZYDENTA, CZYLI JAK OTWORZYĆ DRZWI DO POLEXITU I ZGUBIĆ KLUCZ

Warszawa

Są takie sobotnie poranki, kiedy człowiek nalewa sobie kawy, otwiera okno i przez chwilę ma wrażenie, że świat jest całkiem rozsądny. Ptaki ćwierkają, sąsiad wyprowadza psa, a gazety leżą spokojnie na stole jak uczniowie przed klasówką. I dopiero kiedy człowiek zaczyna czytać, nagle odkrywa, że rzeczywistość w Polsce przypomina raczej kabaret pisany przez trzech autorów: jednego złośliwego, drugiego absurdalnego i trzeciego, który ma szczególne zamiłowanie do politycznych fars.

Bo właśnie w taką sobotę Polska obudziła się z wiadomością, że prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę o SAFE.

I trzeba przyznać – zrobił to z rozmachem godnym człowieka, który potrafi jednym podpisem zamienić program zbrojeniowy w felieton o politycznej próżności.

Program SAFE miał być czymś w rodzaju wielkiego sejfu. Europejskiego skarbca, z którego Polska mogła wyciągnąć miliardy euro na armię, przemysł zbrojeniowy, drony, rakiety, artylerię i wszystkie te rzeczy, które sprawiają, że państwo w razie kłopotów potrafi się obronić. Generałowie patrzyli na ten projekt jak dzieci na choinkę w Wigilię – widzieli w nim nowe systemy obrony powietrznej, amunicję, transport strategiczny, cyberbezpieczeństwo, a nawet drogi i mosty przygotowane na wypadek wojny.

A przemysł zbrojeniowy patrzył na SAFE jak rolnik na długo wyczekiwany deszcz. Fabryka Broni w Radomiu, Zakłady Mechaniczne Tarnów, Huta Stalowa Wola – wszyscy widzieli w tym programie potężny impuls do rozwoju.

I wtedy na scenę wkroczył prezydent.

Nie był to wkroczenie ciche. Raczej coś pomiędzy teatralnym wejściem aktora w trzecim akcie a wejściem strażaka na wesele z gaśnicą.

Weto.

Jedno słowo.

I cały ten wielki europejski sejf nagle zatrzasnął się z hukiem.

Oficerowie, którzy wcześniej opowiadali dziennikarzom o nowoczesnych systemach artyleryjskich i obronie przeciwrakietowej, zaczęli mówić językiem znacznie bardziej żołnierskim. Jeden z nich zapytany o decyzję prezydenta odpowiedział krótko:

— Weź mnie nie wkur****.

Inny powiedział jeszcze prościej, że czuje się zdradzony. Bo głosował na Nawrockiego, a teraz wygląda to tak, jakby zwierzchnik sił zbrojnych potraktował armię jak pana Jerzego od kawalerki.

Obiecał. Oszukał. I poszedł dalej.

Generałowie próbowali jeszcze ostatniej rzeczy, która w Polsce bywa czasem skuteczna – rozmowy. Szef Sztabu Generalnego gen. Wiesław Kukuła i szef Agencji Uzbrojenia gen. Artur Kuptel pojechali do Pałacu Prezydenckiego jak lekarze do chorego pacjenta. Tłumaczyli spokojnie, że SAFE to finansowy „game changer”. Że pozwoli przyspieszyć zakupy uzbrojenia. Że dzięki temu Polska będzie mogła realizować projekty, które w innym wypadku wylądowałyby gdzieś daleko po roku 2030.

Prezydent wysłuchał. Po czym zrobił dokładnie odwrotnie.

W wojsku mówią dziś półgłosem, że atmosfera w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego była ciężka jak betonowy bunkier. A kiedy generałowie wyszli z pałacu, wielu z nich zrozumiało, że właśnie zaczyna się coś, co jeden z oficerów nazwał wprost:— otwartą wojną między pałacem a wojskiem.

Ale to dopiero połowa tej opowieści. Bo druga połowa jest jeszcze bardziej malownicza.

Wyobraźmy sobie bowiem scenę w Warszawie, w sali posiedzeń rządu. Premier Donald Tusk siedzi przy stole, ministrowie wertują dokumenty, atmosfera jest napięta jak struna w skrzypcach. I nagle wchodzi Zbigniew Bogucki. Szef kancelarii prezydenta. Człowiek, który ma w sobie coś z urzędnika, coś z kaznodziei i coś z aktora szkolnego teatru politycznego. Bogucki przychodzi z gotowym wystąpieniem.

Jeszcze nie zdążył przeczytać dokumentu, który dostał dwie minuty wcześniej, a już ogłasza analizę prawną i zaczyna straszyć ministrów konsekwencjami.

— Wszyscy pójdziemy siedzieć — mówi.

Ministrowie patrzą na siebie z miną ludzi, którzy właśnie odkryli, że ktoś próbuje ich nastraszyć przepisem, którego sam nie przeczytał. To w tej chwili w rządzie zapadła decyzja, że miękka gra się skończyła.

Bo w całej tej historii chodzi o coś znacznie większego niż jeden kredyt czy jeden program zbrojeniowy.

Chodzi o wielką polityczną układankę Jarosława Kaczyńskiego. Prezes przez lata siał w polskiej polityce antyunijne ziarno z cierpliwością ogrodnika, który wie, że z małego nasionka może wyrosnąć całkiem pokaźny chwast. Najpierw drobne aluzje, potem coraz większe tyrady, aż w końcu całe hektary retoryki o „dyktacie Brukseli”, „niemieckiej dominacji” i innych strachach wyciąganych z politycznej szafy jak stare koce z molem.

Jeszcze kilka lat temu dziewięćdziesiąt procent wyborców PiS chciało zostać w Unii. Dziś połowa już nie. Tyle wystarczyło kilku lat opowieści, w których Bruksela była jednocześnie okupantem, bankomatem i diabłem w smokingu.

Historia zna takie momenty.

Wyobraźmy sobie zresztą krótką scenę. Niewielki pokój na Nowogrodzkiej. Jarosław Kaczyński siedzi przy biurku jak profesor hodowli politycznych organizmów. Na półkach stoją słoiki z etykietami: „suwerenność”, „Bruksela”, „niemiecki dyktat”, „wstawanie z kolan”. Prezes od czasu do czasu odkręca któryś z nich, wypuszcza trochę retoryki w przestrzeń publiczną i patrzy z zadowoleniem, jak rośnie. Najpierw pojawia się mały konfederata, potem większy narodowiec, potem Braun z gaśnicą, a w końcu cała menażeria politycznych stworzeń, które krzyczą, tupią i domagają się coraz więcej Europy do wyrzucenia za drzwi.

Problem polega na tym, że w pewnym momencie te stworzenia przestają słuchać hodowcy. Zaczynają biegać po scenie politycznej jak rozbrykane kozy w sklepie z porcelaną.

Historia zna takie momenty. To chwila, kiedy ktoś rozpala ognisko, żeby ogrzać dłonie, a po kilku latach odkrywa, że stoi w środku pożaru. Bo z tej antyunijnej retoryki wyrosły nowe potwory polityczne – Konfederacja, Braun, korwinowcy, narodowcy i cała menażeria radykalnych polexitowych proroków, którzy jeszcze niedawno byli egzotycznym folklorem internetu, a dziś spacerują po scenie politycznej jak właściciele cyrku.

I oto paradoks godny greckiej tragedii: Kaczyński wyhodował bestie, które zaczęły podgryzać własnego hodowcę. PiS nagle odkrył, że nie jest już jedynym gospodarzem prawicowego podwórka. Że obok stoją głośniejsi, bardziej radykalni i znacznie mniej przejmujący się rzeczywistością konkurenci, którzy obiecują wyborcom jeszcze prostsze recepty na świat: wyjść z Unii, pokrzyczeć na Niemców i najlepiej jeszcze wygrać wojnę z rzeczywistością.

Ale dla ludzi takich jak Karol Nawrocki to wcale nie problem. To raczej polityczna okazja. Bo jeśli ktoś naprawdę marzy o polexicie, to wspólny kredyt z Unią na czterdzieści pięć lat wygląda trochę jak ślub z partnerem, z którym właśnie planuje się rozwód. Nikt rozsądny nie bierze wtedy wspólnego kredytu hipotecznego.

I dlatego weto było tak przewidywalne jak poniedziałkowy korek na Trasie Łazienkowskiej.

Rząd Tuska patrzy na to z mieszaniną zdumienia i determinacji. W Brukseli pytają polskich ministrów, dlaczego kraj, który sam wymyślił SAFE, dostał największą pulę pieniędzy i potem zrobił z tego europejską awanturę. Polscy ministrowie odpowiadają dyplomatycznie.

Ale w kuluarach mówią coś znacznie prostszego. — Wygrało partyjniactwo.

A w wojsku mówią jeszcze prościej. — Prezydent zachował się jak lobbysta. Lobbysta nie polskiego przemysłu. Nie polskiej armii. Tylko cudzych interesów.

I tak oto w tę spokojną sobotę Polska znów przypomina scenę z wielkiego politycznego teatru.

Na scenie stoją generałowie z planami modernizacji armii. Obok stoją fabryki czekające na kontrakty. A na środku stoi prezydent z wetem w ręku. Wygląda to trochę tak, jakby ktoś zaprosił orkiestrę symfoniczną, przygotował nuty, rozstawił instrumenty, zapalił światła… po czym wyłączył prąd.

Publiczność jeszcze się śmieje. Ale orkiestra już pakuje instrumenty. A dyrygent udaje, że to część programu.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights