OBIAD W CIEMNO, CZYLI POWAŻNE PAŃSTWO I PREZYDENCKA MGŁA

Warszawa

Wtorkowe popołudnie w Warszawie ma w sobie coś z atmosfery przed burzą. Jest ciepło,  kalendarz już pokazuje wiosnę. Na ulicach ludzie idą szybciej niż zwykle, jakby czuli, że w gmachach państwa dzieje się coś ważnego. A w samym sercu tej sceny stoi Pałac Prezydencki – duży, elegancki i dziś trochę przypominający restaurację, w której goście już siedzą przy stole, ale kucharz dopiero zastanawia się, czy w ogóle rozpalić piec.

O godzinie piętnastej do pałacu wchodzą Donald Tusk, Władysław Kosiniak‑Kamysz i minister finansów Andrzej Domański. Idą rozmawiać o sprawie poważnej jak stalowa płyta w kadłubie okrętu wojennego. Chodzi o pieniądze na bezpieczeństwo państwa. O armię. O sprzęt. O zdolność Polski do obrony w świecie, który w ostatnich latach zrobił się niepokojąco nerwowy.

Na stole leży bowiem program SAFE. Europejski mechanizm, który powstał w odpowiedzi na rosnące zagrożenia ze wschodu i coraz bardziej niepewną politykę Ameryki. Europa postanowiła wreszcie zrobić to, o czym mówiła od lat: zacząć zbroić się na serio.

Polska może z tego programu wziąć około czterdziestu czterech miliardów euro. Prawie dwieście miliardów złotych. Pieniądze tanie, rozłożone na dziesięciolecia, przeznaczone na artylerię, obronę powietrzną, technologie antydronowe, systemy dowodzenia i całą tę skomplikowaną architekturę nowoczesnego bezpieczeństwa.

Co więcej, ogromna większość tych pieniędzy miałaby zostać wydana w Polsce. W fabrykach. W zakładach zbrojeniowych. W miastach, gdzie od lat produkuje się stal, elektronikę i systemy wojskowe. SAFE nie jest więc tylko kredytem. Jest również wielkim programem gospodarczym.

I właśnie w tym miejscu opowieść zaczyna skręcać w stronę groteski.

Bo w Pałacu Prezydenckim pojawia się alternatywa.

Program nazwany z wielką powagą: SAFE zero procent.

Brzmi to jak finansowy cud. Sto osiemdziesiąt pięć miliardów złotych dla armii. Bez kredytu. Bez odsetek. Bez zadłużania państwa. Pieniądze mają się pojawić dzięki Narodowemu Bankowi Polskiemu i jego niezwykłej zdolności do – jak to ujęto – „kreowania środków”.

Problem polega na tym, że poza nazwą niewiele jeszcze wiadomo.

Nie wiadomo dokładnie, skąd te pieniądze miałyby się wziąć. Nie wiadomo, kiedy miałyby zostać uruchomione. Nie wiadomo, jakie byłyby mechanizmy ich przekazywania. Nie wiadomo nawet, czy ktoś poza autorami pomysłu widział szczegółowy plan.

To trochę tak, jakby ktoś ogłosił budowę mostu przez Wisłę, ale zapomniał powiedzieć, gdzie będzie brzeg.

Donald Tusk mówi wprost: rząd do dziś nie dostał konkretów. A jednak idzie na spotkanie. Idzie spokojnie, choć wie już, że nad całą sprawą unosi się jeszcze jedna chmura.

Z informacji krążących po Warszawie wynika bowiem, że prezydent Karol Nawrocki może zawetować ustawę wdrażającą unijny program SAFE.

Jeśli tak się stanie, Polska zablokuje dostęp do prawie dwustu miliardów złotych na obronność.

Co więcej, zanim jeszcze premier przekroczy próg pałacu, prezydent zdążył spotkać się z najważniejszymi generałami polskiej armii. Najpierw z szefem Sztabu Generalnego, potem z szefem Agencji Uzbrojenia. Osobno. W dwóch różnych rozmowach.

Taka metoda konsultacji przypomina trochę szkolną scenę, w której dyrektor wzywa uczniów pojedynczo do gabinetu, aby sprawdzić, kto powie co innego.

W tym samym czasie wojskowi mówią wprost: pieniądze z SAFE są potrzebne. Europa próbuje zwiększyć produkcję uzbrojenia, bo wojna w Ukrainie i napięcia na świecie pokazują, że magazyny broni w wielu krajach są niepokojąco puste.

Polska może być jednym z głównych producentów. Może budować systemy obrony, produkować pociski, rozwijać technologie.

Ale żeby tak się stało, potrzebne są realne pieniądze.

Dlatego dzisiejsze spotkanie przypomina scenę z dobrego teatru absurdu.

Premier państwa idzie rozmawiać o programie, którego szczegółów jeszcze nie widział. Minister obrony idzie rozmawiać o pieniądzach na armię, które mogą istnieć albo nie. Minister finansów idzie wysłuchać projektu, którego finansowa konstrukcja pozostaje tajemnicą.

To trochę tak, jakby kapitan statku zebrał załogę i powiedział:

„Mamy dwa plany. Jeden to gotowa mapa i sprawdzona trasa. Drugi to wizja nowego oceanu, który dopiero odkryjemy.”

W tym wszystkim Donald Tusk zachowuje chłodny spokój człowieka, który widział w polityce więcej niż jeden polityczny eksperyment. Zapowiada plan B. Bo – jak mówi – bezpieczeństwo Polski nie może zależeć od jednego podpisu.

Kosiniak‑Kamysz przypomina z kolei coś jeszcze prostszego: Europa musi budować własne zdolności obronne. Amerykanie mówią to od lat. A świat ostatnio robi się coraz bardziej nerwowy.

I dlatego wtorkowe spotkanie w Pałacu Prezydenckim jest czymś więcej niż kolejną naradą polityków.

To moment, w którym zderzają się dwa światy.

Świat realnych pieniędzy, podpisanych programów i konkretnych decyzji.

Oraz świat politycznej wyobraźni, w którym wielkie miliardy pojawiają się najpierw w przemówieniach, a dopiero potem szuka się dla nich miejsca w rzeczywistości.

O godzinie piętnastej drzwi gabinetu się zamkną.

Premier usiądzie przy stole. Prezydent zacznie mówić. Prezes banku centralnego zapewne opowie o finansowej kreatywności.

A gdzieś pomiędzy tymi słowami będzie wisiało jedno pytanie.

Czy państwo poważne może pozwolić sobie na decyzje podejmowane w atmosferze tak gęstej mgły.

Bo mgła bywa malownicza.

Ale nawigowanie w niej okrętem wojennym rzadko kończy się spokojnym rejsem.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights