CZARNEK NA BIAŁYM KONIU, CZYLI JAK WYGLĄDA KONIEC CYWILIZACJI W WERSJI BUDŻETOWEJ

Warszawa

W Polsce znowu wydarzyło się coś, co jeszcze dekadę temu uznalibyśmy za żart, mem, polityczną satyrę albo pijackie rojenia na wiejskim weselu. Ale nie. To realne życie. Jarosław Kaczyński – człowiek, który od lat wybiera swoich ludzi tak, jakby obsadzał casting do horroru klasy B – ogłosił, że kandydatem PiS na premiera w 2027 roku został Przemysław Czarnek. Tak, ten Czarnek. Ten od „pustych łbów”, „ćwierćbab”, „sr‑OZE” i wiecznego moralizowania z miną zastępcy dyrektora szkoły, który karci uczniów za uśmiechanie się na korytarzu.

Gdy prezes dokonał tego namaszczenia, wielu Polaków zadało sobie to samo pytanie: czy to na pewno jest jeszcze polityka, czy może już forma eksperymentu psychologicznego? Jeśli to drugie, to gratuluję – choć wolałbym brać udział w badaniu, w którym dostaje się czekoladę, a nie Czarnka.

Bo pan Przemysław wyszedł na scenę jak bohater własnej wyobraźni – dumny, spięty, gotowy, by wygłosić kazanie o wszystkim i o niczym. I zaczął mówić. I mówił. I mówił. I mówił tak długo, że po trzecim kwadransie sama hala „Sokół” zaczęła wyglądać na zmęczoną. Gdyby ściany mogły machać białą flagą, zrobiłyby to natychmiast.

Ale cóż – skoro partia postawiła na człowieka, który ma walczyć o głosy Braunów, Mentzenów i Bosaków, to trudno się dziwić. PiS poszedł na całość. Postawił na kandydata w wersji „Cham 2.0”, aktualizacja systemu wstecznego kompatybilna z kołtunerią i agresją słowną.

MASZYNISTA POCIĄGU DONIKĄD

Czarnek oznajmił, że będzie maszynistą „polskiego pociągu szybkich prędkości”. Co prawda pociąg ten – jak wszystko, czego dotknęło PiS – spóźnia się o 12 lat, jedzie po nieistniejących torach i ma kierownika w postaci Jarosława Kaczyńskiego, który nigdy nie widział biletu kolejowego, ale liczy się zapał. A zapału Czarnkowi odmówić nie można. Zwłaszcza zapału do obrażania połowy kraju.

W tym pociągu mają jechać wszyscy. Beata Szydło ma siedzieć z przodu (zapewne w przedziale „nostalgia za przeszłością”), Mateusz Morawiecki ma być w pierwszych rzędach – choć wygląda na to, że wsiądzie tylko wtedy, gdy wagon nie będzie kontrolowany przez frakcję „maślarzy”. A sam Czarnek? On będzie trzymał w ręku gwizdek i udawał, że to przyrząd sterujący państwem.

I gdzie ten pociąg pojedzie? Nie wiadomo. Ale z całą pewnością – pod prąd historii.

OZE? SR‑OZE? A MOŻE JESZCZE „ŁEEE‑EŁEEE”?

Kulminacją wystąpienia kandydata na premiera był oczywiście wątek ekologii. Czarnek ogłosił, że nie będzie ETS‑u, nie będzie Zielonego Ładu, nie będzie OZE. Bo Polska ma swój węgiel. I wara wam od niego. Z tonu wypowiedzi można wywnioskować, że węgiel nie jest dla niego surowcem – to talizman, amulet, relikwia. Gdyby mógł, trzymałby grudkę węgla w kieszeni marynarki i pokazywał ją dzieciom na ulicy jako „symbol polskości”.

Gdy mówił: „nie mamy żadnych OZE, sr‑OZE”, sala wiwatowała jak na meczu trzeciej ligi. Wystarczyło dodać „łeee‑ełeee, walcie się, ekolodzy”, i tłum byłby w ekstazie. To jest poziom polityki, o którym nawet Bareja by nie śnił.

PANIE PREMIERZE, PUSTY ŁBIE – CZYLI JAK DEBATA PUBLICZNA ZJECHAŁA DO PIWNICY

Najgłośniejszy fragment przemówienia: „Tusk, pusty łbie!”. Trzeba przyznać, że jak na człowieka, który chce być premierem, to nowa definicja odwagi. A także nowa definicja buractwa. Polska polityka zjechała do piwnicy, po czym wykopała sobie jeszcze jedną piwnicę pod spodem, żeby mieć gdzie schować resztki klasy.

Z jednej strony Tusk, który mówi o „zakutych łbach” – z drugiej Czarnek, który odpowiada „pusty łbie”. To nie jest debata publiczna. To bójka słowna na przystanku autobusowym, w której obie strony zapomniały, że są dorosłymi ludźmi.

NAPRZÓD, KU PRZESZŁOŚCI!

Czarnek zapowiedział powrót do Polski tradycyjnej, konserwatywnej, męskiej, heteronormatywnej, węglowej, nacjonalistycznej i obrażonej na cały świat. Czyli wszystkiego tego, co odpowiada jednej bardzo konkretnej grupie wyborców – ludziom, którzy wciąż wierzą, że nowoczesność to jakiś spisek Zachodu.

W jego wizji kobieta jest istotą „czcigodną”, najlepiej stojącą przy kuchni, ewentualnie w łóżku porodowym, ale na pewno nie w debacie publicznej. Związków jednopłciowych oczywiście nie będzie, bo przecież „ćwierćbab” ani „półchłopów” natura nie przewidziała.

To przerażające, że ktoś, kto tak bardzo boi się współczesności, ma ambicję rządzić jednym z największych krajów UE.

WITAJCIE W ERZE TRZECIEJ KONFEDERACJI

Premier Donald Tusk podsumował to krótko: „trzy Konfederacje przeciwko nam”. I trudno się z nim nie zgodzić. PiS, Konfederacja i Konfederacja Brauna będą teraz walczyć o wyborców jak trzy koguty na jednym podwórku. A Czarnek – najbardziej bojowy, najbardziej zaczepny, najbardziej agresywny – będzie idealnym kapłanem tej wojny na głupotę.

To, co dla PiS jest nadzieją, dla Polski jest ostrzeżeniem. Jeśli prezes naprawdę wierzy, że Czarnek jest przyszłością, to znaczy, że przyszłość PiS będzie krótka, głośna i zakończy się widowiskowym hukiem.

CZARNEK NIE JEST ZAGROŻENIEM. CZARNEK JEST SYMPTOMEM

To nie jest tak, że Czarnek sam w sobie jest największym problemem. On jest objawem choroby. Symbolem upadku standardów, desperacji prezesa, paniki w partii i tańca na grobie własnej reputacji.

PiS, wystawiając Czarnka, krzyczy: „nie mamy już pomysłów!”.

A Polska? Polska patrzy, słucha i myśli jedno:

Jeśli to jest kandydat na premiera, to PiS naprawdę zaczyna wierzyć, że dno to tylko etap przejściowy przed kolejnym dnem.

I w tym sensie Czarnek jest idealny.

Bo nic tak nie przyspiesza końca pewnej epoki jak jej najbardziej groteskowy przedstawiciel.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights