WOJNA, KTÓRA NICZEGO NIE ZMIENI. PYTANIE, KTÓRE WRACA

Warszawa

Świat znowu odpalił tryb specjalny. Rakiety latają, drony wybuchają, syreny wyją, a Mar-a-Lago ogłasza kolejne „wielkie operacje militarne” z powagą sklepu, który właśnie ogłasza promocję na parasole. W Teheranie dym, w Dubaju kłęby ognia, w Bahrajnie drony robią dziury w elewacjach. Wszędzie chaos.

A ja patrzę na to wszystko i pytam:

Po co?

To pytanie wraca jak bumerang, który ktoś uparcie rzuca, choć od dawna wiadomo, że nie doleci dalej niż na sąsiedni balkon.


TRUMP W TRYBIE „ZROBIĘ HISTORIĘ, A MOŻE I KARIERĘ”

Donald Trump siedzi w swoim plastikowym pałacu na Florydzie. Klapki, pomarańczowy blask, złote zasłony i ego, które już dawno weszło w stan obniżonej grawitacji. I mówi, że wszystko idzie zgodnie z planem.

Plan? Trump ma tyle planów, ile rybak opowieści: wszystkie dobre, żaden prawdziwy.

On naprawdę wierzy, że jeśli tylko huknie wystarczająco głośno, świat się ugnie. Że ludzie w Iranie wyjdą na ulice, że reżim się posypie, że historia zapisze go złotymi zgłoskami — najlepiej bardzo dużymi, podświetlonymi i czytelnymi z plaży.

Ale wojna lądowa? Nie.

Rewolucja w Iranie? Jeszcze większe nie.

To będzie — i już jest — wymiana ognia. Rakiety. Drony. Bombardowania. Straszne, przerażające, ale pozbawione celu.

Bo nawet jeśli Chamenei naprawdę nie żyje — co jedni twierdzą, inni zaprzeczają, a jeszcze inni twierdzą, że widzieli ducha — to co to zmieni?

Prawdopodobnie nic.

Iran nie jest monarchią absolutną opartą na jednym człowieku. To system naczyń połączonych, komitetów, frakcji, generałów IRGC, duchownych, którzy walczą o wpływy, jakby chodziło o ostatnią paczkę herbatników na konferencji.

Jednego zabiją — drugi wstanie. Jednego uderzą — kolejny podpisze wyroki. Jednego trafi rakieta — dwóch następnych założy turbany i weźmie stery.

To nie jest 1789 rok, to nawet nie 1979. Rewolucje się nie robią od nalotów.


ŚWIAT PALI SIĘ W 4K, A ZMIANY NIE WIDAĆ

Satelity CNN pokazują dym. Reuters podaje liczby zabitych. Lotniska zamknięte. Cieśnina Ormuz zablokowana, a ropa drożeje szybciej niż mieszkania w Warszawie w 2020.

Izrael bombarduje. USA bombardują. Iran odpowiada.

A zwykli ludzie — jedni uciekają, inni siedzą w schronach, jeszcze inni stoją w kolejkach na stacjach benzynowych.

Świat patrzy, komentuje, analizuje.

A potem wraca to samo pytanie:

Po co?

Co ma być finałem tej operacji, której nazwy starają się być coraz bardziej epickie, jakby od tego rosła skuteczność?

No właśnie. Nie urośnie.


„ZMIEŃMY REŻIM” — NAJSTARSZA BAŚŃ AMERYKAŃSKIEJ POLITYKI

USA od 70 lat wierzą, że można zmienić świat z powietrza.

Bomba tu. Rakieta tam. Parę przemówień o wolności. I reżimy mają padać jak jesienne liście.

A potem przychodzi rzeczywistość i przypomina:

Wenezuelę? Próbowaliście. Nic. Irak? Zmieniliście wszystko. Na gorsze. Afganistan? 20 lat wojny, a talibowie wrócili szybciej niż pizza z dowozem.

Więc skąd pomysł, że Iran — kraj twardy, dumny, zmilitaryzowany i z reżimem, który przetrwał sankcje, pandemię, protesty i dziesiątki kryzysów — ma się przewrócić od nalotu?

To życzeniowe myślenie. Wersja polityki zagranicznej „a może się uda”.


LUDZIE UMIERAJĄ, A PRZYWÓDCY GRAJĄ W SZACHY, W KTÓRYCH FIGURAMI SĄ LUDZIE

W Minabie zginęły dziesiątki dziewczynek. Dziewczynek.

W Dubaju ludzie kryją się w garażach.

W Bahrajnie drony spadają na biurowce.

W Tel Awiwie rakieta zabija kobietę.

A wielcy tego świata mówią o „operacjach”, „reakcjach”, „odwecie”, „strategii”.

Słowa, które brzmią tak mocno, a znaczą tak mało.

Bo za każdą rakietą stoi człowiek, który jej nie przeżyje. Za każdym hukiem — rodzina, która nie otworzy już drzwi. Za każdą operacją — dramat, którego nikt nie pokazał i nie policzył.


I ZNOWU WRACA TO SAMO

Siedzimy więc w Europie, w Polsce, patrzymy na zimę za oknem, na stopiony śnieg pod lampą i próbujemy zrozumieć, co się właśnie dzieje.

Kolejna wojna. Kolejna eskalacja. Kolejne dramaty.

A świat i tak będzie działał dalej.

Iran nie upadnie. Trump nie wygra pokoju światowego. Izrael nie przestanie się bać Iranu. A ludzie — jak zawsze — zapłacą cenę za cudze ambicje.

I dlatego pytanie wraca:


NOWY ROZDZIAŁ WOJNY, CZYLI TRUMP OGŁASZA „ZWYCIĘSTWO”, ZANIM KURZ OPADŁ

Bo świat właśnie dostał nowe paliwo do chaosu. Donald Trump ogłosił, że Chamenei nie żyje. Ogłosił to z tą samą pewnością, z jaką ogłaszał, że wygrał wybory, których nie wygrał.

I rozpętał polityczne trzęsienie ziemi.

Izrael i USA mówią, że zabili najwyższego przywódcę Iranu. Iran mówi, że Chamenei żyje i macha ręką. Netanjahu twierdzi, że „są oznaki”, że duchowny zniknął z pola gry. A media? Media mają najpiękniejszy dzień od dekad.

Tylko jedno jest pewne: system irański nie runie od jednego nazwiska. Nawet jeśli jest to nazwisko, które przez prawie czterdzieści lat trzymało kraj w klinczu.

Iran to nie monarchia absolutna, w której głowa spada i wszystko się kończy. To pajęczyna, sieć, struktura, w której generałowie, duchowni i strażnicy IRGC stoją ramię w ramię – nie z miłości, lecz dla interesu.

Dlatego nawet jeśli Chamenei zginął w gruzach rezydencji – Iran nie zmienia się w demokrację. Zmienia się co najwyżej twarz, która podpisuje wyroki.


MALALA PŁACZE, A ŚWIAT UDAJE, ŻE NIE WIDZI

Gdy Trump celebruje swoje „zwycięstwo”, Malala Yousafzai mówi o tragedii, która naprawdę powinna wstrząsnąć światem.

W ataku na szkołę w Minabie zginęło ponad 100 dziewczynek. Dziewczynek, które poszły się uczyć.

Śmierć Chameneiego – prawdziwa czy nie – jest polityczna. Śmierć dziewczynek – jest prawdziwa.

Ale nie ma w tym nic nowego: świat zawsze bardziej ekscytował się losem tyranów niż losem dzieci.

Malala pisze o rozpaczy. CENTCOM mówi, że „zbada incydent”. A rakiety spadają dalej.


SIEDMIU GENERAŁÓW I ŻADNEGO ROZWIĄZANIA

POLITICO podaje: zginęło siedmiu wysokich rangą irańskich urzędników.

To ludzie, których nazwiska znali tylko eksperci, ale których decyzje znali wszyscy mieszkańcy regionu. Dowódcy, ministrowie, szefowie programów nuklearnych.

Czy to zmienia irańską teokrację? Nie.

Czy to wzmacnia chaos? Oczywiście.

Każde takie uderzenie jest jak ścięcie jednego drzewa w lesie pełnym innych – zrobi hałas, ale las zostaje.


EUROPA W PANICE, REPUBLIKANIE W ZACHWYCIE

Podczas gdy rakiety przelatują nad Dubajem, a Arabia Saudyjska stawia obronę powietrzną w stan gotowości, w USA trwa festiwal triumfalizmu.

Republikanie ogłaszają, że Europa jest „słaba” i „miękka”. Senator Lindsey Graham otwiera szampana. A amerykańscy jastrzębie krzyczą, że Iran jest „na kolanach”.

Europa tymczasem robi to, co potrafi najlepiej – zwołuje spotkania, rady, komisje i posiedzenia nadzwyczajne.

Kallas zwołuje ministrów. Macron mówi o „dyplomacji”. Merz mówi o „prawie Irańczyków do decydowania o sobie”.

A jednocześnie nikt nie wie, jak zatrzymać spiralę odwetu.


TRUMPOWE MARZENIE O ZMIANIE REŻIMU, CZYLI OPOZYCJA Z KARTONU

Trump mówi: „lud irański odzyska wolność”. Tymczasem CIA mówi: jeśli Chamenei nie żyje, zastąpi go ktoś jeszcze bardziej radykalny.

Tak właśnie wyglądają wielkie plany polityczne – piękne w telewizji, fatalne w rzeczywistości.

USA wierzą, że mogą obalić reżim z powietrza. Iran wierzy, że może zastraszyć region rakietami. Arabia Saudyjska wierzy, że przetrwa burzę, jeśli wystarczająco mocno zamknie granice.

A świat? Świat wierzy, że jakoś to będzie.

I zwykle – jest to błędne założenie.


Po co to wszystko?

Nikt nie odpowie. Bo ci, którzy mogliby odpowiedzieć, są zajęci rysowaniem map, wydawaniem rozkazów i wygłaszaniem oświadczeń.

A ci, którzy pytają — nie mają władzy.

Świat znów płonie. A my znów próbujemy zrozumieć, dlaczego ktoś uznał, że to najlepszy sposób na porządkowanie rzeczywistości.

I pewnie za kilka miesięcy usłyszymy: „sytuacja jest stabilna”.

Tylko że stabilna będzie nie dzięki politykom.

Lecz dzięki temu, że ludzie — mimo wszystko — spróbują dalej żyć.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights