Warszawa

Kiedy myślę o Edward Linde‑Lubaszenko, widzę nie tyle aktora, co zjawisko. Zjawisko poruszające się po Krakowie z naturalnością kota, który zna wszystkie skróty, wszystkie ciepłe parapety i wszystkie drzwi, które „same się otwierają”. A otwierały się często — do klubów, do mieszkań, do rozmów, do kobiet.

Był prawie piętnaście lat starszy ode mnie. Różnica wieku, która w młodości jest przepaścią, a w Krakowie lat siedemdziesiątych była po prostu hierarchią. Ja — student krakowskiej ASP, z głową pełną ambicji, zazdrości i tej naiwnej wiary, że sztuka coś załatwia sama z siebie. On — już ugruntowany, rozpoznawalny, osadzony. I do tego nieprzyzwoicie swobodny. Patrzyłem na niego z mieszaniną podziwu i cichej irytacji, bo niektórym wszystko przychodzi zbyt naturalnie.

Dziewczyny i kobiety krążyły wokół niego jak planety wokół gwiazdy, która nie musi świecić mocniej — wystarczy, że jest. Nie chodziło tylko o urodę, choć tej mu nie brakowało, ani nawet o pozycję. To była charyzma starej szkoły: głos, pauza, spojrzenie, sposób trzymania papierosa i ten ton rozmowy, jakby naprawdę słuchał. A słuchanie, jak wiadomo, jest najbardziej niedocenianym afrodyzjakiem XX wieku.

Kraków był wtedy mały. Nadal jest, tylko udaje duże miasto. Te same kluby, te same knajpy, te same nocne rozmowy, te same stoły, przy których mieszały się teatr, muzyka, sztuki plastyczne i kabaret. Trudno było się minąć, nawet jeśli bardzo by się chciało. I nie chciało się. Bo spotkania z nim — nawet przypadkowe — zawsze zostawiały po sobie coś więcej niż tylko „dzień dobry”.

Nasza znajomość trwała latami, choć z czasem coraz bardziej przypominała przelotne zetknięcia orbit. Wpadaliśmy na siebie rzadziej, coraz bardziej przypadkowo. Ktoś odchodził, ktoś znikał, ktoś przestawał przychodzić w te same miejsca. A jednak, kiedy dziś wracam do Krakowa, wciąż odwiedzam tamte adresy. Z naiwną, absurdalną nadzieją, że jeszcze spotkam te legendy teatru, muzyki, sztuki, kabaretu. Jakby miały siedzieć przy stoliku, spóźnione, ale nie nieobecne.

Oczywiście wiem, że ich już nie ma.
Teraz wiem to także o nim.

I chyba najbardziej boli to, że Kraków nadal wygląda tak samo — a oni nie. Miasto trwa, a ludzie, którzy nadawali mu puls, znikają po cichu, zostawiając nam tylko pamięć i to dziwne uczucie zazdrości, że ktoś kiedyś potrafił żyć pełniej, odważniej, bardziej bezczelnie wobec czasu.

Edward potrafił.
A ja mu się przyglądałem. I chyba zawsze będę.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights