JEDNO PAŃSTWO, DWIE ELEKTROWNIE, TRZY MOCARSTWA I CZTERDZIESTY CZWARTY MILIARD

Warszawa

Gdyby Europa była człowiekiem, to dziś siedziałaby na kanapie w ciemnym pokoju, oświetlona jedynie światłem z amerykańskiego parasola nuklearnego. Mark Rutte, nowy sekretarz generalny NATO, wylał kubeł zimnej prawdy na głowy tych, którzy śnili o europejskiej armii. „Bez USA jesteście jak gołąb bez skrzydeł – może sobie pogruchać, ale nie poleci”. Rutte nie przebierał w słowach – bez Ameryki Europa może co najwyżej napisać ładny raport o własnej bezradności.

Marzenia o strategicznej autonomii są według niego warte tyle, co plan zakupu Grenlandii przez Trumpa. A ten, jak wiadomo, nie występuje w strategii bezpieczeństwa USA nawet jako przypis. Rutte przypomniał, że pełna niezależność oznacza podwojenie wydatków wojskowych i budowę własnego arsenału nuklearnego. Słowem: wizja piękna jak mural z Pegazem, ale droga jak leasing na F-35.

Na tym tle USA pod rządami Donalda Trumpa zachowują się jak don Corleone z taniego serialu politycznego – oferują „protekcję” za miliardy i wymagają bezwarunkowej lojalności, grożąc cłami i złym humorem. Grenlandia? Proszę bardzo. Maduro? Proszę do sądu. Sojusz? Tylko jeśli zapłacisz wpisowe.

Trump gra w świat jak w planszówkę – rozstawia pionki, zmienia zasady i domaga się tytułu Mistrza jeszcze przed końcem partii. A artykuł 5 NATO, który Barack Obama kazał wykuć w skale, w wersji Trumpa brzmi: „może zagram, jeśli mi się będzie chciało”.

Ale świat to nie tylko dźwięki z trąby Donalda. W Abu Zabi trwa poker atomowy z elektrownią w Zaporożu w roli żetonu. Rosjanie chcą podzielić prąd, Amerykanie chcą zarządzać, a Ukraina chce po prostu przetrwać. Elektrownia, okupowana i zaminowana, staje się symbolem postapokaliptycznej dyplomacji: „dajcie nam energię, a może nie wysadzimy Europy w powietrze”.

Zełenski – w przeciwieństwie do Orbána – nie daje się wciągnąć w rosyjski teatrzyk współzarządzania. Dla Ukrainy to nie tylko kwestia energii, ale i suwerenności. Jak tu jednak negocjować z Rosją, skoro ich pomysł na współpracę to: „dostaniecie połowę prądu, ale my decydujemy o kablach, gniazdkach i waszych dzieciach”?

Orbán tymczasem zamyka się w swoim małym teatrze marionetek. Oskarża Ukrainę o ingerencję w wybory, choć nie pokazuje żadnych dowodów. Straszy wojną, Unią i Zełenskim, który odważył się powiedzieć prawdę o „Wiktorach żyjących z europejskich pieniędzy, ale sprzedających ją za ruble”.

W Polsce za to trwa serial „Ambasadorzy bez granic”. Karol Nawrocki – prezydent, który wciąż nie podpisał nominacji kilkudziesięciu ambasadorów – gra swoją wersję niezależności, blokując kluczowe kandydatury przedstawione przez MSZ. Radosław Sikorski próbuje prowadzić politykę zagraniczną bez ambasadorów w Waszyngtonie, Rzymie i innych stolicach, co przypomina próbę zrobienia barszczu bez buraków. A na scenę wychodzi Sławomir Cenckiewicz – samozwańczy arbiter elegancji – który twierdzi, że Bogdan Klich nie powinien być ambasadorem, bo śmiał krytykować Trumpa. Czyli nowy warunek dyplomatyczny: pocałuj pierścień lub spadaj.

Dobrze, że chociaż Tusk i Kosiniak-Kamysz ogarniają rzeczywistość. Polska dostanie niemal 44 miliardy euro z programu SAFE na zbrojenia – w tym ponad 130 projektów zatwierdzonych przez Komisję Europejską. Tusk ogłasza to z dumą, Kosiniak się uśmiecha, PSL próbuje wyglądać na poważną partię, co wychodzi im raz na pięć lat. Ale tym razem – o dziwo – wychodzi.

Tymczasem w polskich służbach ktoś wreszcie przeczytał ustawę. Były wiceszef ABW, Lech Wojciechowski, zostaje wyrzucony z roboty za udział w „patriotycznej domówce” PiS-u. Spotkanie, na którym obecni byli politycy, funkcjonariusze i biznesmeni bliscy poprzedniej władzy, naruszyło zakaz udziału funkcjonariuszy ABW w życiu politycznym. Siemoniak mówi jasno: „Nie ma miejsca w służbach dla działaczy partyjnych.” I to jest ten moment, kiedy coś w państwie naprawdę drgnęło.

Na koniec: Minister Żurek. Skarb demokracji, co mówi jak jest, więc od razu dostaje prywatny pozew od Bogdana Święczkowskiego. Spór jak z kabaretu: kto kogo bardziej zniesławił i kto pierwszy rozpuścił język. Ale przynajmniej nikt nie udaje, że chodzi o prawo – tu chodzi o zemstę, reputację i trochę o ego.

Na drugim końcu tej układanki Ministerstwo Finansów. Szuka pieniędzy, proponując obligacje z „atrakcyjnym oprocentowaniem” – czyli dokładnie takim, które nie wystarcza, by przekonać obywateli do inwestowania. Pożyczkowe potrzeby państwa to 690 miliardów złotych – o 40% więcej niż rok temu – więc szukanie chętnych przypomina grzebanie w kanapie w poszukiwaniu drobnych.

Tak więc – jedno państwo, jeden urzędujący prezydent i drugi, który zachowuje się tak, jakby był premierem z ambicją wetowania rzeczywistości, trzy mocarstwa przy jednym stole i czterdziesty czwarty miliard euro, który – o dziwo – nie zniknął w czarnej dziurze budżetu.

I pytanie na dziś: czy w tym teatrze przypadkowej geopolityki ktoś jeszcze trzyma scenariusz?

Bo jeśli nie, to proszę chociaż rozdać widzom popcorn. To może być długi sezon.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights