


Środa. Ten dziwny dzień tygodnia, w którym jeszcze nie odpocząłeś po poniedziałku, a już boisz się piątku. Pogoda wstrętna, humory podłe, a polityka… jak zwykle gotowa do kabaretu. Ale nie tym razem. Dzisiejszy scenariusz to thriller z domieszką dokumentu i lekką nutą satyry politycznej. Bo jak inaczej opisać dzień, w którym premier kupuje okręty podwodne, prezydent przemawia jakby chciał wrócić do 1789 roku, a Donald Trump pisze plan pokojowy dla Ukrainy wyglądający jak szkic ze snu Putina po trzeciej butelce koniaku?
TUSK NAD BAŁTYKIEM, Z OKRĘTAMI I BEZ HISTERII
Donald Tusk robi dziś coś niebywałego: jest premierem, który mówi spokojnie, racjonalnie, a do tego coś robi. W tym kraju to już niemal ekstrawagancja. Podczas posiedzenia Rady Ministrów premier zapowiedział zakup trzech nowoczesnych okrętów podwodnych. Ktoś mógłby rzec: „A komu to potrzebne?”, ale tylko jeśli jego geopolityczna wiedza kończy się na tym, co powiedział Braun na antenie TV Republika.
Okręty nie tylko będą, ale będą naprawiane w Polsce, załogi szkolone w Polsce i – co najważniejsze – opłacane częściowo z pieniędzy europejskich. Tak jest, drodzy suwerenni patrioci – te znienawidzone brukselskie euro znów uratowały polski budżet obronny. SAFE, czyli europejski plan bezpieczeństwa, da Polsce 44 miliardy euro. Za tyle to można nie tylko kupić okręty, ale też porządnie wyposażyć wojsko, służby, a może nawet i MSZ. Ale z tym ostatnim ostrożnie – bo wiadomo, jak w Sejmie padnie hasło „dyplomacja”, to Braun myśli, że chodzi o szczepionki.
TSUE, CZYLI PANIKA PRZY POMNIKU TRADYCJI
Premier zabrał też głos w sprawie wyroku TSUE dotyczącego małżeństw jednopłciowych. Mówi spokojnie: uznajemy, nie panikujemy, Unia niczego nie narzuca, ale prawo musi obowiązywać. I nagle pół Konfederacji dostaje ataku alergii na słowo „równość”, a PiS zaczyna szukać nowej ustawy o ochronie heteroseksualnej rodziny przed europejską degeneracją.
W tle zaś trwa próba przyjęcia ustawy o statusie osoby najbliższej. Prace prowadzi duet marzeń: Kotula i Kosiniak-Kamysz. Czyli osoba progresywna i człowiek z PSL, co jest jak połączenie espresso z kompotem z rabarbaru. Ale może właśnie o to chodzi – żeby było trochę słodko, trochę gorzko, ale ostatecznie dało się przełknąć bez wymiotów.
NAWROCKI, CZYLI PREZYDENT Z HISTORII ALTERNATYWNEJ
Karol Nawrocki nie zawodzi. Z każdym wystąpieniem potwierdza, że jego prezydentura to nie tylko polityczna pomyłka, ale też podróż w czasie. Do czasów, gdy Unia Europejska była wymysłem szatana, a słowo „komisarz” kojarzyło się z Moskwą, nie z Brukselą. W Pradze wygłosił wykład, który można streścić krótko: „Chcę mniej Europy w Europie”.
Jego propozycje reformy UE wyglądają jak referat ucznia, który nie czytał lektury, ale bardzo się stara. Likwidacja przewodniczącego Rady Europejskiej? Powrót do prezydencji rotacyjnej? Zmiana systemu głosowania? Brzmi znajomo? Tak, dokładnie – to manifest PiS z 2013 roku, tylko teraz czytany przez nowego lektora z Instytutu Pamięci Narodowej.
Ale to tylko przedsmak. Bo jeśli – nie daj Bóg, a bądź litościwy i daj im rozum – PiS wróci do władzy w 2027 roku, to Nawrocki stanie się centralnym trybem maszyny cofającej Polskę do czasów wzmożenia narodowo-katolickiego. Będziemy mieć prezydenta, który otworzy Instytut Dzieci Nienarodzonych, w każdej szkole stanie popiersie Lecha Kaczyńskiego z tabliczką „Nie pytaj, tylko czcij”, a dzień 10 kwietnia stanie się obowiązkowym świętem z marszem w mundurach harcerskich. Nawrocki przestanie być tylko uroczą mrówką z przemówień historycznych – stanie się królem nostalgii, opiekunem pomników i kapłanem narodowej krucjaty przeciwko postępowi.
SIKORSKI KONTRA PREZYDENT – CZYLI „RE-PRE-ZEN-TAN-TEM!” (I MOŻE KANDYDATEM?)
Radosław Sikorski z kolei wszedł już w tryb „Sikorski 2030” i robi to w swoim stylu: elegancko, błyskotliwie i bez litości. Po tym jak prezydent zaczął majaczyć o „suwerennej Polsce poza dyktatem Berlina”, Sikorski odpowiedział z mównicy sejmowej jak generał, który właśnie odkrył, że dowodzi armią rozumu w kraju opanowanym przez partyzanckie oddziały konfabulacji.
Szef MSZ przypomniał, że prezydent to REPREZENTANT, nie pogromca brukselskich smoków, ani samozwańczy ambasador Międzymorza z aspiracjami do geopolitycznego TED Talka. I bardzo dobrze – bo jeśli ktoś ma dziś wyglądać na męża stanu, to wolę Sikorskiego z jego sarkazmem, niż Nawrockiego z jego wspomnieniem PRL-u w wersji de luxe.
Nie oszukujmy się: Sikorski szykuje się do wyścigu. Z każdą konferencją, z każdym tweetem i każdym teatralnym westchnięciem na temat „zachodnich wartości” coraz bardziej przypomina człowieka, który już mierzy okiennice w Pałacu Prezydenckim. On nie tylko chce wygrać – on chce to wygrać z klasą, żeby później czytać przemówienia, po angielsku z lepszym akcentem niż sam Joe Biden.
I trzeba mu przyznać – ma papiery. Doświadczony, medialny, z ciętą ripostą i teczką pełną cytatów Churchilla. Będzie trudnym przeciwnikiem dla każdego, kto w 2030 roku spróbuje powalczyć o Belweder. Nawet jeśli będzie musiał stoczyć bój z jakimś samozwańczym „obrońcą tradycji”, który uważa, że w programie prezydenckim najważniejsze są pomniki, msze i broń palna dla 14-latków.
A Z TYŁU PLAN TRUMPA – „UKRAINO, ODDAJ WSZYSTKO I MILCZ”
W międzyczasie Donald Trump – człowiek, który ma ego wielkości Marsa i wiedzę geopolityczną wielkości ziarnka piasku – wypuścił plan pokojowy dla Ukrainy, który wygląda jak notatka napisana przez Putina i przetłumaczona na angielski przez Google Translate.
W skrócie: Ukraina ma oddać wszystko, zrezygnować z armii, NATO, i najlepiej też z języka ukraińskiego. A w zamian? Może Rosja nie zbombarduje Lwowa w przyszły wtorek.
Trump wysłał do Moskwy Steve’a Witkoffa – dewelopera, który o polityce zagranicznej wie tyle, co Konfederacja o nowoczesnej ekonomii. To tak, jakby do negocjacji atomowych z Koreą Północną wysłać producenta reality show. Ale Trump tak działa. Jak mówił sam o sobie: „I have the best words”, choć najczęściej są to „me”, „big”, „win” i „China”.
Nie zapominajmy, że ten sam Trump uznał kiedyś, że Putin to „very smart guy” i chciał „dogadać się z Rosją lepiej niż ktokolwiek”. Bo przecież kto lepiej zrozumie byłego KGB-owca niż facet, który sam przez lata prowadził reality show, budował hotele i unikał podatków z gracją baletnicy w stalowych butach.
JĘDRASZEWSKI ODCHODZI, KRAKÓW ODYCHA. RYŚ W DRODZE Z ŁODZI
A skoro już mówimy o dziwach natury i cudach organizacyjnych – mamy też nowinę z Watykanu. Arcybiskup Marek Jędraszewski – znany głównie z wypowiedzi o „tęczowej zarazie”, „ideologicznym smogu” i osobliwej obsesji na punkcie moralności innych – kończy swoją pasterską przygodę w Krakowie. I tu można odetchnąć. Dosłownie.
Miasto, przez lata traktowane jak poligon doświadczalny konserwatywnych kardynałów, wreszcie może wyjść z metaforycznej mgły kadzideł i wrócić do duchowego oddychania pełną piersią. Turyści wrócą, smok z Wawelu przestanie płakać, a wierni – kto wie – może nawet znów zaczną chodzić do kościoła bez obaw o teologiczny facepalm.
Nie ma jednak róży bez kolców. Łódź właśnie dowiedziała się, że do Krakowa zmierza biskup Ryś – duchowny otwarty, liberalny, empatyczny. Czyli z punktu widzenia części Episkopatu – radykał. Jak na ironię, Ryś to jeden z nielicznych duchownych, którzy próbują mówić do ludzi, a nie nad ich głowami. Albo przeciwko nim.
Watykan najwyraźniej uznał, że czas odkurzyć tron królewski na Wawelu z Jędraszewskiego i postawić tam kogoś, kto ma nie tylko paszport, ale i empatię. Kraków się cieszy. Łódź trochę mniej – choć nie zdziwię się, jeśli mieszkańcy zorganizują procesję pożegnalną z transparentami: „Ryś, zostań!”, „Nie oddamy cię krakusom!” i „Niech Jędraszewski zabierze tylko siebie”.
ŚRODA, CZYLI PÓŁMETEK CHAOSU
Mamy więc: premiera, który robi, co powinien. Prezydenta, który tęskni za XIX wiekiem. Ministra, który już rozgrzewa prezydenckie muskuły. Trumpa, który myli Ukrainę z polem golfowym. I polityczną Polskę, która wciąż próbuje dowiedzieć się, czy bardziej boi się równouprawnienia, czy niskiego ciśnienia.
Ale jedno jest pewne: jak na środek tygodnia, jest wyjątkowo gęsto. A to dopiero środa. Przed nami czwartek z nową konferencją PiS, piątek z Braunamią i weekend z komentarzami Tomasza Sakiewicza.
A więc, rodacy, nie traćcie ducha. I pamiętajcie: w Polsce każdy dzień może być poniedziałkiem.

Dodaj komentarz