



(czyli, kto tu komu grozi palcem, kto wymachuje siekierą, a kto nawet nie pamięta imienia własnego pupila)
Niedzielny poranek. Jajecznica stygnie, kawa paruje, a kraj – jak zwykle – płonie. Nie w sensie metaforycznym, bo metafory w Polsce rezerwujemy już wyłącznie dla ludzi, którzy mają władzę i pomysły równie rozsądne jak pterodaktyl w składzie porcelany. A dziś na scenie politycznej występują oni wszyscy: Karol „Podwójny Cel” Nawrocki, Jarosław „Renesans Teorii Spiskowych” Kaczyński, Sławomir „Wieczny Areszt Domowy” Mentzen, Grzegorz „Kadzidło Państwa Bożego” Braun, a do kompletu Konfederacja zlepiona z ochotniczej straży pożarnej Absurdów i oddziałów samoobrony przed rzeczywistością.
Rozsiądźmy się więc wygodnie, odpalmy metaforyczny grill i rzućmy te polityczne parówki na ruszt. Nie martw się – te są bezpieczne. One i tak są niejadalne.
I. KAROL, KTÓRY BLOKUJE WSZYSTKO – POZA WŁASNYM EGO
Nowy prezydent, Karol Nawrocki, idzie przez państwo jak buldożer: tu zawetuję, tam zablokuję, tu powiem, że sędzia słucha podszeptów, tam zrobię minę jak rozżalony ministrant, którego ksiądz nie pochwalił za perfekcyjne machanie kadzidłem. Oficerskie awanse? Niedobrze. Awanse sędziowskie? Jeszcze gorzej. Park narodowy? A po co komu zielone? W końcu „zielone” w PiS znaczy tylko jedno: zielone światło dla kumpli.
Nawrocki zachowuje się, jakby dostał od Donalda Trumpa nie tylko błogosławieństwo, ale i zestaw „Mały Dyktatorek Deluxe”. Trump – jak to Trump – zachwycał się w wywiadzie „człowiekiem, który wygrał wybory w Polsce, fantastycznym, wspaniałym, znakomitym… co on tam… Karol? Kajetan? Krzysztof? Whatever”. To trochę tak, jakby prezydent supermocarstwa zachwycał się własnym psem, tylko zapomniał, jak pies ma na imię. Ale pies przynajmniej aportuje, a Karol aportuje konflikt.
Eksperci mówią, że prezydent ma „podwójny cel”. To prawda. Po pierwsze: zdezorganizować rząd. Po drugie: zdezorganizować rząd jeszcze bardziej. A jeśli znajdzie trzeci cel, to pewnie będzie nim wprowadzenie Jarosława Kaczyńskiego z powrotem na tron – ewentualnie Mentzena, jeśli ten akurat nie będzie zajęty liczeniem podatków, które sam wymyślił, a które są tak praktyczne jak naklejanie etykiet na mydło w deszczu.
II. KACZYŃSKI: KRÓL WYSP GUBIĄCYCH SENS
Jarosław Kaczyński objeżdża Polskę niczym własną makietę kolejową, zatrzymując się co kilkadziesiąt kilometrów, żeby opowiedzieć historię mniej prawdopodobną niż to, że Grzegorz Braun pewnego dnia powie coś nieantysemickiego.
Ostatnio prezes oznajmił, że Andrzej Lepper został zamordowany. Bo wszystko, co nie pasuje do historii o „dobrej zmianie”, musi być spiskiem – najlepiej międzynarodowym, z udziałem Niemców, Żurka i rowerzystów bez świateł. Na co syn Leppera odpowiedział jednym zdaniem: „Kaczyński mówi głupoty. Niech idzie na emeryturę.” Jak widać, w Polsce wciąż istnieją ludzie, którzy mówią prawdę prosto z mostu, bez politycznej waty.
Kaczyński nie poprzestaje. Jak każdy starszy pan z nadmiarem czasu i niedomiarem odpowiedzialności, grzebie w przeszłości i odkrywa fakty istniejące wyłącznie w jego prywatnym uniwersum, gdzie kot jest premierem, a Ziobro bohaterem.
III. ZIOBRO – ŚWIĘTY MĘCZENNIK WĘGIERSKI
Zbigniew Ziobro siedzi na Węgrzech niczym święty pustelnik – tylko że zamiast modlić się o pokój na świecie, modli się o świat bez ekstradycji. Jarosław broni go z zapałem godnym dziadka, który tłumaczy policjantowi, że wnuczek nie podpalił garażu, tylko „eksperymentował z ogniem”.
Zdaniem Kaczyńskiego to wszystko prowokacja. W świecie prezesa, jeśli jego człowiek kradł, to nie kradł, tylko zbierał pieniądze na święty ogień praworządności. Ziobro zapewne szykuje triumfalny powrót, niczym John Wayne – tylko zamiast konia ma limuzynę Orbána, a zamiast pistoletu – segregator z Funduszu Sprawiedliwości.
IV. KONFEDERACJA – ORSZAK ŚWIĘTYCH WYZNAWCÓW LOGIKI ALTERNATYWNEJ
Sławomir Mentzen wygląda z każdym tygodniem coraz bardziej jak księgowy z apokalipsy. Jęczy, liczy, narzeka – a jego wyznawcy słuchają go jak proroka wieszczącego koniec świata, który nastąpi wtedy, gdy państwo pobierze VAT od paragonu z McDonalda.
Grzegorz Braun przygotowuje się do kolejnej krucjaty pod hasłem „Zgaśmy Polskę, aby zapłonęła w Panu”.
Razem tworzą grupę rekonstrukcyjną Rzeczpospolitej w Ruinie, tylko bez poczucia humoru i z nadmiarem memów.
V. TRYBUNAŁ KONSTYTUCYJNY, CZYLI TEATR KUKIEŁEK
Profesor Marek Safjan mówi o obsadzeniu wakatów w Trybunale Konstytucyjnym, jakby chodziło o uzupełnienie składu filharmonii. Niestety TK od dawna gra jak orkiestra dęta z remizy w środku karnawału – tylko bez muzyki.
Nawrocki zapewne odmówi zaprzysiężenia nowych sędziów, bo po co państwu prawo, skoro ma politykę? W tle przewracają się dublerzy, połowa Trybunału nie ma legitymacji, a druga połowa – autorytetu. Idealny zbiór pusty.
VI. DODATEK ŚNIADANIOWY: PSL, FEDERA I INNE WARZYWA
PSL udaje feniksa, który wstaje z popiołów, choć zapomina, że najpierw trzeba mieć skrzydła. Inicjatywa Polska się rozwiązuje i przekazuje majątek Federze – to prawdopodobnie pierwsza partia w historii, która nie przekazała majątku szwagrowi. Szacunek.
Tymczasem sam PSL przeżywa coś w rodzaju kryzysu tożsamości połączonego z kryzysem poparcia i kryzysem sensu istnienia. Kosiniak-Kamysz przemawia z powagą generała, który prowadzi trzyosobowy batalion na defiladę i tłumaczy, że „jesteśmy jak feniks z popiołów” – choć feniks, jeśli już, powinien mieć nieco więcej niż 0,5 proc. w sondażu. Ludowcy snują opowieści o samodzielnym starcie, ale „nie samotnym”, co brzmi mniej więcej tak, jakby ktoś zapowiedział, że idzie na randkę sam, ale z nadzieją, że ktoś jednak po drodze się dosiądzie.
Kosiniak ostrzega Platformę, że bez PSL-u nie będzie rządów, co w ustach lidera partii balansującej na progu niebytu brzmi jak groźba chomika, który próbuje zastraszyć rottweilera. Nie żeby nie miał racji – historia zna takie przypadki – ale dziś polityczna siła PSL-u przypomina raczej siłę dmuchanego pontonu podczas sztormu. Mimo to ludowcy dzielnie walczą: znoszą dwukadencyjność samorządowców, walczą o wieś, walczą o swoją przyszłość – i walczą z sondażami, które najwyraźniej walczyć nie chcą.
NA KONIEC – BO NADZIEJA UMIERA OSTATNIA
Polska wygląda jak śniadanie, w którym ktoś pomylił sól z cukrem, kawę z octem, a jajecznicę z programem Konfederacji. Ale może niedziela jeszcze nas nie opuści. Może da się to wszystko przełknąć, jeśli popić dużą kawą i jeszcze większym dystansem.
Bo kiedy Nawrocki strzela fochami, Kaczyński szuka morderców, Mentzen liczy, a Braun pali – jedyne, co możemy zrobić, to wyśmiać tę groteskę, zanim groteska zacznie śmiać się z nas.
Smacznego. I dużo siły. Przyda się.

Dodaj komentarz