
Nie wiem, jakim cudem to się znowu stało, ale oto siedzi. W Białym Domu. Znowu. Donald Trump — pierwszy prezydent, który zrobił karierę polityczną na graniu w golfa, obrażaniu kobiet i pokrzykiwaniu w capslocku. Człowiek, który nie odróżnia NATO od taco, a Konstytucję czyta tylko wtedy, gdy jest nią owinięta bułka w jego burgerowni w Mar-a-Lago.
Teraz wraca jak wirus. Tym razem z bagażem, którego nie da się wyprasować spinem. Bo kiedy ofiary Jeffreya Epsteina mówią: „Trump wiedział o dziewczynach”, a dokumenty Kongresu pokazują e-maile, w których Epstein pisze o godzinach spędzonych przez Donalda z nieletnią ofiarą w jego willi — to nie jest medialna nagonka. To jest obrzydliwość w czystej formie.

Ale Trump — jak to Trump — odpowiada: „Fake news”. Bo przecież wszystko, co niewygodne, to fejki. Gdyby zapytać go o grawitację, stwierdziłby, że to liberalna propaganda wymyślona przez Bidena.
NIE TYLKO DZIEWCZYNY
Trump był nie tylko w willi Epsteina. Był w jego listach, na jego zdjęciach, w jego klubie, z jego kobietami. Ba, Epstein pisał wprost, że „Trump wiedział o dziewczynach”, „prosił Ghislaine, żeby przestała”. Ale nie dlatego, żeby to zgłosił. Tylko żeby przestała robić hałas.
Do tego dochodzą e-maile z propozycjami przekazania rosyjskim dyplomatom „wglądu” w psychikę Trumpa. Epstein był gotów spotykać się z Ławrowem i Jaglandem, żeby tłumaczyć, jak „działa” prezydent USA. Wyobrażacie to sobie? Międzynarodowy handlarz nieletnimi jako ekspert ds. Trumpologii. Tego nie wymyśliłby nawet Netflix.
I CO NA TO BIAŁY DOM?
Rzeczniczka prasowa odpowiada, że „to nieprawda”, „demokraci manipulują narracją”, a Virginia Giuffre, ofiara Epsteina, rzekomo nic na Trumpa nie miała. Ale kiedy świat patrzy na e-maile z lat 2011–2019, gdzie nazwisko Trumpa świeci jak neon na Vegas Strip, to nawet najwierniejszy MAGA-patriota powinien się zawstydzić.
Ale nie. Trump wychodzi z tego jak zawsze. Z dumną miną i wpisem na Truth Social: „To wszystko kłamstwa, zamach stanu, bzdury. Kocham kobiety!” No właśnie.
CELEBRYTA–PREZYDENT–GANGSTER
Przypadek Trumpa to nie jest już tylko polityczny wypadek. To systemowy defekt kulturowy. Człowiek zbudowany z plastiku, pieniędzy i pogardy dla wszelkich zasad, który uważa, że może nakładać cła na Kanadę za fetanyl, wysyłać lotniskowce na Karaiby i szantażować BBC pozwem na miliard dolarów, bo nie podobał mu się montaż dokumentu.
A propos BBC — oto pierwszy prezydent, który cieszy się, że brytyjscy redaktorzy zrezygnowali, bo „przyłapano ich na manipulacji”. Czyli: przyłapano ich na tym, że pokazali jego słowa takimi, jakimi są.
STRASZY, KRZYCZY, STRASZY JESZCZE RAZ
Trump straszy Afrykanerami w RPA, fetanylem z Kanady, wojskami w Wenezueli, narkotykami z Hondurasu, migrantami z kosmosu. I wszędzie świecą się te same slogany: „Zabijemy ich. Okej? Zabijemy ich. Będą martwi”. To jest poziom dyplomacji jak z GTA V.

WSCHODZĄCE SŁOŃCE NA ZACHODZIE
Jego „doktryna Donroe’a” zakłada, że cała Ameryka — od Grenlandii po Kanał Panamski — to jego prywatny folwark. A kto się nie zgadza, ten wróg. Wysyłamy cła, czołgi albo memy na Truth Social.
OBRZYDZENIE NA 1600 PENNSYLVANIA AVE
To nie jest już nawet złośliwość. To jest obrzydzenie, którego nie da się przykryć ani flagą, ani hymnem. To jest prezydentura przesiąknięta plugastwem, nepotyzmem, nienawiścią i medialnym rynsztokiem. Człowiek, który powinien odpowiadać na pytania przed ławą przysięgłych, a nie przed kamerami FOX News.
Ale jest. I wraca. Bo Ameryka ma dziwną skłonność do samookaleczeń.
I jak mawia klasyk: „Nie będzie niczego”. No, może poza żenadą. Tej mamy pod dostatkiem.
A CZY TO PRZYPADKIEM NIE ZNAJOME?
Bo może to wcale nie jest tak, że tylko Ameryka cierpi na Trumpa. Spójrzmy bliżej: czy Karol Nawrocki, Jarosław Kaczyński i reszta osobliwej procesji z PiS oraz Pałacu Prezydenckiego nie próbują go naśladować? Czy to nie ich idol?
Nawrocki, który sam przecież miał epizody z „panienkami”, dziś moralizuje spod Grobu Nieznanego Żołnierza. Kaczyński opanował do perfekcji sztukę wypierania się wszystkiego i wszystkich — i ma w tym gronie pojętnych uczniów: Ziobrę, Obajtka, Romanowskiego, Morawieckiego, Sasina, Błaszczaka… Lista jest dłuższa niż kolejka do komisji śledczej.
Kult nieodpowiedzialności, mizoginia w garniturze, pogarda dla prawa, fetysz siły i grania ofiary, ciągłe „to nie ja, to oni”, polityka w formie reality show — to wszystko już znamy. Tyle że z polskim akcentem. Różnica jest tylko taka, że Trump ma wieżowce, a Kaczyński koty.
Może więc nie oglądamy amerykańskiego absurdu z dystansu. Może my właśnie w nim siedzimy — tylko nie mamy jeszcze własnego Mar-a-Lago. Na razie wystarczy nam Żoliborz.

Dodaj komentarz