





Donald Tusk chciał jak człowiek – uścisnąć dłonie, pogratulować, podnieść morale. W planach była uroczystość z godnością: 136 nowych oficerów kontrwywiadu i ABW miało otrzymać promocje na pierwszy stopień oficerski. Rodziny z podniesionymi głowami, przyszli bohaterowie w mundurach i premier gotowy do gratulacji. Wszystko jak trzeba – praworządnie, uroczyście, przed 11 listopada.
Ale oto nadciąga Karol Nawrocki – prezydent z castingu na pomnik, który jeszcze nie stwardniał. Człowiek, który ma więcej urzędowego ego niż odwagi cywilnej. I co robi? Nie podpisuje. Ot tak. Bo może. Bo ma pióro. Bo wojna z rządem to jego ulubiona dyscyplina narodowa. Bo najwyraźniej pomylił Belweder z amatorską sceną kabaretu politycznego. W imię czego? Nikt nie wie. On sam zapewne też nie, ale za to wygląda dumnie, jakby właśnie powstrzymał zamach stanu, a nie tylko zafundował upokorzenie ludziom, którzy chcą służyć Polsce.
Premier skwitował to jak trzeba – chłodno, celnie, bez histerii: „Żeby być prezydentem, nie wystarczy wygrać wybory”. Punkt. Tylko że z drugiej strony stołu siedzi ktoś, kto sądzi, że prezydentura polega na obrażaniu się jak uczeń, któremu zabrano flamastry.
Tomasz Siemoniak dorzucił swoje – że to cios w bezpieczeństwo państwa. I miał rację. Bo państwo to nie tylko konstytucja i ordery z orzełkiem. To też realni ludzie, którzy wchodzą do systemu służb, żeby nas chronić – nie po to, żeby być pionkami w politycznym teatrze dla sfrustrowanych miłośników veto.
A może to tylko próba odwrócenia uwagi? Bo oto prezydent Karol „Tani Prąd” Nawrocki wychodzi z nowym numerem kabaretowym: „Ceny prądu w dół o 33%! Już dziś! Tylko u nas! Bez VAT-u i z niespodzianką!” – jakby energetykę dało się załatwić jak promocję w Lidlu. Projekt wygląda jakby był napisany na serwetce w trakcie lunchu z lobbystą od węgla. Mamy obniżkę VAT-u, likwidację opłat, redukcję kosztów dystrybucji, i tylko jednego szczegółu brak: skąd wziąć prąd. Ale to szczegół, bo przecież od teraz będziemy świecić patriotyzmem.
Prezydent zapowiada systemową reformę, ale wygląda to raczej jak chaotyczne grzebanie w gniazdku widelcem. Pomysł, że od mieszania w taryfach zrobi się taniej, jest mniej więcej tak wiarygodny, jak zapewnienia, że Marian Banaś nie miał pojęcia, co działo się w jego kamienicy.
A skoro już przy Banasiu jesteśmy – nasz Pancerny Marian powraca z nowym stowarzyszeniem. Kolejny zbawca narodu, tym razem z zapleczem złożonym z byłych senatorów, byłych urzędników i byłych nadziei. Cała inicjatywa wygląda jak kółko różańcowe dla politycznych emerytów, którzy nie potrafią pogodzić się z tym, że z telewizji nie dzwonią z propozycjami wywiadu.
Na innej scenie – Grzegorz Braun i jego marsz ku niepodległości… od rozumu. Jak zwykle w roli showmana na Marszu Niepodległości, który przypomina już bardziej jarmark z napalmem niż patriotyczną manifestację. Organizatorzy zakazują rac, a uczestnicy zakazów. Ma być spokojnie, ale nikt w to nie wierzy – bo jak co roku, narodowe święto to dla niektórych tylko pretekst, żeby wyjść z piwnicy i rzucić racą w policjanta.
A PiS? PiS zjeżdża w sondażach jak dziecko na zamarzniętej zjeżdżalni. CBOS bije na alarm: poparcie spadło do poziomu, przy którym nawet Konfederacja wygląda jak dojrzała partia. Kaczyński? Cóż, prezes snuje się jak duch po ruinach imperium, z którego została już tylko kartka z numerem do antykwariatu. Jeszcze niedawno trzymał całą prawicę za kark. Teraz nie trzyma nawet mikrofonu. I nie pomogą żadne wiece, bo naród najwyraźniej wybrał polityczne rozwolnienie z Konfederacji zamiast kolejnej porcji zakalcowatego ciasta z Nowogrodzkiej.
No i mamy wisienkę na torcie absurdu: Zbigniew Ziobro – nasz ulubiony minister sprawiedliwości bez granic. Człowiek, który zbudował swoje imperium na funduszu sprawiedliwości, a teraz siedzi na Węgrzech i mówi, że jest prześladowany. Dziś, o 17:00, Sejm ma głosować nad uchyleniem mu immunitetu. 26 zarzutów – tak, DWADZIEŚCIA SZEŚĆ – i nadal próbuje grać ofiarę. To trochę jakby rekin oskarżał ocean o mobbing.
Ziobro twierdzi, że nie złożył wniosku o azyl, ale „jest tam, bo musi”. Tak jak dzieci mówią, że zjadły czekoladę, bo się „sama otworzyła”. Tymczasem w prokuraturze rosną stosy dokumentów, a Marcin Romanowski już od tygodni szuka demokracji w kuchni Orbána.
A Tusk? Tusk robi swoje. Spokojnie, rzeczowo, z dystansem i klasą, co w tym politycznym lunaparku wygląda jak przejaw radykalnego rozsądku. Próbuje zarządzać państwem, gdy reszta próbuje zarządzać TikTokiem i teoriami spiskowymi.
Polska, rok 2025. Mamy prezydenta, który rozdaje prąd, jakby to były ulotki w centrum handlowym. Mamy opozycję, która rwie się do pochodni i kajdanek. Mamy bohaterów uciekających do Budapesztu i wizjonerów z brudnym kontem. A gdzieś pośrodku tego wszystkiego stoi premier, który – o ironio – wygląda jak ostatni dorosły na szkolnej dyskotece.
To już nie jest kabaret. To narodowa telenowela, z budżetem, popcornem i scenariuszem pisanym przez ludzi, którzy najwyraźniej nigdy nie widzieli konstytucji z bliska.
Miłego piątkowego popołudnia. Seans zaczyna się o 17:00. Nie zapomnijcie przynieść sobie czegoś do picia – może być herbata, może być valium.
Albo jedno i drugie.

Dodaj komentarz