

Wiedzieliśmy, że będzie weto. Bo jak coś pachnie konstytucją, praworządnością albo – nie daj Boże – europejskim standardem, to Karol „Prezydent z Plasteliny” Nawrocki wstrzymuje oddech jak gimnazjalista w autokarze, kiedy kolega pierdnie. „Nie ma szans na podpis” – grzmi jego dwór. Oczywiście, że nie ma. To byłoby niepolskie podpisać coś, czego nie napisał wiceminister z zarzutami karnymi.
Waldemar Żurek, jak Don Kichot w todze, wymachuje projektem ustawy, który mógłby przywrócić legalizm i zaufanie do sądów. Ale przecież zaufanie to waluta, której Pałac Prezydencki nie uznaje. Tam płaci się lojalnością, betonem i bonem na grill u Ziobry.
Żurek, którego PiS próbuje zatopić jak niewygodny dowód, powraca z planem przywrócenia sensu w wymiarze sprawiedliwości. A co robi w odpowiedzi prezydent? Wyjmuje pieczęć z napisem „VETO” i klepie nią wszystko, co nie pasuje do pisowskiego Lego-prawa.
A propos plastikowych konstrukcji: Zbigniew Bogucki, szef kancelarii prezydenta, wyskoczył z opinią, że projekt Żurka to „segregacja sędziów”. Sędziowie dzieleni na lepszych i gorszych? Skandal! Przecież od lat PiS starannie dzieli wszystkich po cichu i skuteczniej – na swoich i wrogów ludu.
Nie brakuje też opinii RPO, czyli profesora Marcina Wiącka, który z wysokości swojej wieży dostrzegł, że projekt Żurka jest „wewnętrznie niespójny” i „narusza prawo do ochrony reputacji”. Oczywiście, bo największym dramatem polskiego sądownictwa nie jest upartyjnienie, lecz to, że neosędzia może się poczuć urażony. Biedaczek. Może damy mu order od Bodnara?
No właśnie. Adam Bodnar. Człowiek, który przez lata jako RPO przypominał o wartości prawa jak nauczyciel na dorywczej godzinie wychowawczej w klasie chuliganów. A teraz jego imię powraca jak straszak. Bogucki zresztą sam przyznał, że projekt Żurka „przypomina koncepcje Bodnara”. Czyli czyste zło. Bo jak coś ma z Bodnarem wspólnego, to nie da się tego nawet zatwierdzić bez egzorcyzmu.
Tymczasem obóz Zbigniewa Ziobry (choć sam minister znika bardziej niż sondaże PiS), nadal czujnie broni „reformy” sądów. Michał Woś, wielbiciel hasła „wszyscy won”, zamierza zamienić sądy w prywatną izbę weryfikacyjną dla niepokornych. Sebastian Kaleta, kolekcjoner złotych zdań w stylu „TSUE to nie jest nadśąd nad Polską”, wtóruje mu z zapałem, jakby od tego zależał jego planowany awans na kanapowego sędziego rejonowego w Telewizji Republika.
I w tym wszystkim Kaczyński. Wielki architekt demolki, który chce wyburzyć państwo prawa jak deweloper willę w strefie Natura 2000. „Nikt nas nie zatrzyma” – grzmi w Katowicach. No tak. Chyba że grawitacja, historia lub prokurator.
Podsumowując – mamy prezydenta, który podpisuje tylko to, co zostało przyniesione w teczce z logo PiS. Mamy RPO, który recenzuje projekty tak, jakby oceniano esej na olimpiadzie prawniczej. Mamy beton, z którego chce się budować wymiar sprawiedliwości. I mamy Waldemara Żurka – człowieka, który choć otoczony przez politycznych murarzy, nadal wierzy, że sądy są od sprawiedliwości.
Dlatego w tym kraju, gdzie Rada Europy brzmi jak groźba, a Konstytucja jak zniewaga, trzeba mówić jasno: Żurek nie jest problemem. Żurek jest termometrem. To nie jego trzeba wybijać z rytmu, tylko leczyć gorączkę, którą zafundowało nam prawo pisane pod wyroki polityczne.
A jeśli już ktoś tu powinien być „złożony z urzędu”, to ci, którzy z prawa zrobili kabaret. Bez śmiechu.

Dodaj komentarz