



Donald Trump ogłosił koniec wojny w Strefie Gazy z gracją handlarza odkurzaczy, który obiecuje, że od dziś dywan będzie nie tylko czysty, ale i szczęśliwy. W tle uwalniano izraelskich zakładników, Hamas machał listami z nazwiskami, a dziennikarze zapisywali te chwile tak, jakby to był koniec epoki, a nie chwilowa przerwa w strzelaniu. Trump, zasiadłszy na pokładzie Air Force One, oświadczył: „Wojna się skończyła” – bo przecież nikt nie kocha performansu tak jak on. Brakowało tylko napisu „Made in USA” i numeru infolinii dla pokoju z darmowym zwrotem.
W jego ustach pokój brzmi jak nowy produkt: „Kup jeden rozejm, drugi dostaniesz gratis! Jeśli nie zadziała – wymienimy na nowy!” I tak oto Bliski Wschód znów stał się planem filmowym dla amerykańskiego spektaklu – tyle że zamiast popcornu sypią się gruzy, a zamiast happy endu mamy zgliszcza.
W Egipcie szykuje się szczyt, na którym ponad dwudziestu przywódców będzie deliberować nad pokojem, którego nikt jeszcze nie widział. Brzmi to jak zebranie rodziców w szkole, w której nikt nie zna uczniów, ale wszyscy mają opinie o programie nauczania. A Trump, jak przystało na samozwańczego architekta świata, obiecuje cud w Gazie. Cud, czyli beton, prąd i brak wybuchów. Oczywiście w dekadach, nie w dniach.
W tym samym czasie w Warszawie deszcz lał się jak Chopin z głośnika. Drugi etap Konkursu Chopinowskiego, drugie emocje, drugie wykopki pod Filharmonią. Yehuda Prokopowicz grał Preludium Des-dur, zwane „deszczowym” – w idealnej harmonii z aurą i miejskim chaosem. Słuchać Chopina w otoczeniu koparek, to jak recytować Norwida przy dźwięku wiertarki – wspaniale polskie doświadczenie.
Publiczność, oczywiście, podzieliła się jak elektorat – jedni zachwyceni, drudzy rozczarowani. Bo u nas wszystko jest polityczne: nawet pasaż A-dur potrafi podzielić naród.
Politycy też mieli swój koncert – sobotni marsz PiS, który mozna nazwać „małym jarmarkiem patriotycznym”. Trafnie. To była raczej wystawa reliktów niż manifestacja – rekonstrukcja uczuć z 2015 roku. Kaczyński na scenie, premierzy w tle, mikrofon w dłoni, a wszystko w tonacji A-moll. Melodia smutna, słowa znane, ale refren nie porywa.
PiS coraz bardziej przypomina teatr jednego aktora, który gra w pustej sali, liczy oklaski, a słyszy echo. Gdy prezes wskazuje nowego szefa rządu, trudno oprzeć się wrażeniu, że to raczej zmiana obsady w spektaklu, który dawno spadł z afisza.
Z ekonomii wieje umiarkowany optymizm, czyli polska wersja szczęścia – „nie jest źle, dopóki gorzej nie będzie”. Z tą samą energią Polak idzie po kredyt, robi zakupy i głosuje. Nie ma ekstazy, ale nie ma też paniki. Po prostu umiarkowane rozczarowanie jako stan narodowy.
A gdy wreszcie dociera wiadomość o śmierci Diane Keaton, świat na moment cichnie. Bo umiera nie tylko aktorka, lecz także idea klasy i niepowtarzalności. Ta, która nie potrzebowała botoksu, by być ikoną, i nie musiała krzyczeć, by być słyszaną. Dziś takich ludzi już się nie rodzi. Albo może się rodzą, tylko TikTok nie dopuszcza ich do głosu.
I tak minął weekend: z deszczem, jarmarkiem i pokojem na raty. Z jednej strony świat, który klaskał Trumpowi, z drugiej – świat, który klaskał Chopinowi. A pośrodku Polska – w rytmie A-moll, z parasolem w dłoni i wiecznym pytaniem: czy to już naprawdę koniec wojny, czy tylko przerwa na reklamy?

Dodaj komentarz