




Witamy w kolejnym odcinku niekończącego się serialu „Polska 2025: Telenowela w stylu konstytucyjnym”. Mamy tu wszystko – zdrady, skandale, alkohol, patos, kazania, płacze i wzruszenia. Brakuje tylko scenariusza. Aktorzy grają z pamięci, reżyser śpi, a scenografię tworzą złości i memy. Zapnijcie pasy – zaczynamy.
IMMUNITET – CZYLI ZBROJA Z PAPIERU
Na scenę wkraczają Daniel „Detektyw” Obajtek i Michał „Mailowy Męczennik” Dworczyk. Dwaj rycerze dobrej zmiany, którym los – a dokładniej Parlament Europejski – właśnie zdjął immunitet. I natychmiast rozpoczyna się pieśń martyrologiczna w tonacji d-moll. „To polityczne prześladowanie!” – woła Obajtek, poprawiając marynarkę od Armaniego. „To zamach na demokrację!” – wtóruje Dworczyk, ten sam, który uważał prywatne maile o rządowych sprawach za sztukę korespondencji obywatelskiej.
Ich skargi brzmią jak płacz złapanego na ściąganiu, który tłumaczy: „To nie ściąga, to pomoc naukowa!”. A gdy prokurator wchodzi na scenę, panowie natychmiast zmieniają ton na „my nic, to polityka”. Bo w PiS nikt nigdy nie jest winny – są tylko ofiary spisku, pomyłki lub złego algorytmu.
HOŁOWNIA I JEGO TEATR WAGI KOALICYJNEJ
W tym czasie Szymon Hołownia, samozwańczy patron równowagi i harmonii, znów postanowił zważyć swoje znaczenie w rządzie. I jak to bywa w jego wypadku – zrobił to publicznie. „Oddam stanowisko marszałka, ale tylko jeśli równowaga zostanie zachowana!” – ogłasza z powagą alchemika, który właśnie odkrył, że z ołowiu można zrobić nie złoto, lecz konflikt.
Polska 2050 przypomina dziś porcelanowy serwis – ładny z zewnątrz, ale wystarczy głośniejsze słowo Czarzastego, by coś pękło. Kotula już się denerwuje, Czarzasty burczy, a Tusk siedzi w kącie i spokojnie popija kawę, jak człowiek, który widział już niejedną awanturę przy stole i wie, że ciastko i tak zje on.
BAR, W KTÓRYM ZNIKAJĄ MASKI
Tymczasem w sejmowym hotelu odbywa się nieoficjalna sesja terapii grupowej – dla tych, którzy nie radzą sobie z nadmiarem władzy i brakiem refleksji. Mejza w roli głównej, Matecki w roli dublera, a Straż Marszałkowska w roli kelnera odgrzewającego spokój. Hołownia postanawia w końcu zamknąć bar dla gości. To gest słuszny, choć symboliczny, bo problemem nie są goście – tylko właściciele lokalu.
Szkoda, że nikt nie wpadł na prostszy pomysł: zamontować w korytarzach lustra. Bo nic tak nie leczy z pychy i kaca, jak własne odbicie o trzeciej nad ranem w garniturze, który pamięta lepsze czasy i gorsze decyzje.
OD ŚWIŃ DO ŚWIĘTYCH
W Sejmie tymczasem poseł Woś, człowiek o temperamencie kaznodziei i wrażliwości traktorysty, cytuje Orwella: „Wszystkie świnie są równe, ale niektóre równiejsze”. I zapewne uznał, że to metafora o innych. Hołownia odpowiada mu Biblią: „Choćbyś tłukł głupiego w moździerzu, głupota go nie opuści”.
To był moment tak piękny, że gdyby Sejm miał publiczność na żywo, ludzie wstaliby i bili brawo. Biblia kontra Orwell – oto Polska. Zderzenie literatury z rzeczywistością, w której cytaty z klasyków są używane jak ciosy w bójce o mikrofon.
MERKEL, PUTIN I GAZOWY RECYKLING
A w tle rozgrywa się inny teatr – międzynarodowy. Angela Merkel, była cesarzowa kompromisów, w wywiadzie wspomina, że może jednak trzeba było porozmawiać z Putinem w 2021 roku. Niemiecki „Bild” od razu ogłasza sensację: „Merkel obwinia Polskę o wojnę!”. Kreml pęka z radości, a rzecznik Pieskow z kamienną miną oświadcza: „Merkel potwierdziła, że to Zachód sprowokował Rosję”.
Czyli według Moskwy wygląda to tak: Putin przyszedł z kwiatami, a Ukraina nie chciała ich przyjąć. Czysta zbrodnia uprzedzenia! Pieskow mówi z powagą księgowego, który tłumaczy, że deficyt w kasie powstał, bo klienci przestali kraść zgodnie z planem. Gdyby bezczelność miała kurs wymiany, Kreml byłby bogatszy niż Emiraty.
Merkel, której polityczna spuścizna pachnie gazem z Nord Streamu i wstydem po Berlinie, dziś mówi o „błędach komunikacji”. To tak, jakby ktoś po latach powiedział: „Może jednak nie należało tańczyć z diabłem, nawet jeśli ładnie prowadził”.
SCENA KOŃCOWA – WSZYSCY NA MIEJSCACH!
I tak kończy się ten akt: Hołownia medytuje nad równowagą, Dworczyk medytuje nad zeznaniami, Obajtek cierpi za miliony (i dla milionów), a Mejza… cóż, Mejza zawsze znajdzie sposób, by wrócić do sceny. Nad tym wszystkim unosi się mgła hipokryzji w zapachu „eau de polityka”, a z oddali dobiega głos Tuska: „Problemem nie jest to, że coś wysadzono, tylko że ktoś to zbudował”.
I w tym jednym zdaniu zawiera się cała Polska: najpierw coś tworzymy z entuzjazmem, potem się dziwimy, że eksplodowało. Kurtyna. Ale nie zamykajcie jej zbyt mocno – jutro przecież znowu gramy to samo, tylko z innym tytułem.

Dodaj komentarz