
W Polsce kończy się epoka. A może nie epoka, tylko groteska, która przez zbyt wiele lat udawała teatr narodowy. Na scenie w togach nadal stoją ci sami aktorzy, choć reżyseria się zmieniła. I teraz pytanie: czy publiczność wreszcie zacznie gwizdać, czy dalej będzie udawać, że to Szekspir, a nie cyrk pod wezwaniem Świętej Neo-KRS?
Waldemar Żurek – ten sam, który przez osiem lat był symbolem uporu, prawniczego rozsądku i obywatelskiej niezgody – wreszcie dorwał się do steru. Został ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym. I chociaż nie przyszedł z miotłą, tylko z konstytucją i regulaminem, to nie oznacza, że jego działania są miękkie. Wręcz przeciwnie – są metodyczne, konsekwentne i głęboko przemyślane.
Zamiast walić młotkiem po neosędziowskich łbach – co, przyznajmy, miałoby pewien urok – Żurek sięga po literę prawa. Napisał list do neosędziów Sądu Najwyższego, apelując, by powstrzymali się od orzekania i przestali generować kolejne pozwy o odszkodowania ze Skarbu Państwa. Przypomniał im, że działają bez podstawy prawnej, a ich wyroki są nieistniejące.
To nie był apel zdesperowanego ideowca. To był pierwszy ruch szachisty, który zna każdą figurę i wie, że partia może potrwać długo, ale zakończy się jednym: mat dla bezprawia.
W ślad za listem idą działania: Żurek zapowiedział składanie pozwów regresowych przeciwko neosędziom – to znaczy, że będą oni odpowiadać finansowo za szkody, które generują swoimi „wyrokami”. W prokuraturze powołał specjalny zespół do badania spraw związanych z nielegalną działalnością neo-KRS i pseudo-sędziów SN. Ruszyły pierwsze zawiadomienia. A wszystko to prowadzone nie z partyjnej ambony, lecz z chłodnym profesjonalizmem.

Przy tej okazji trzeba wspomnieć o przełomowej uchwale siedmiu legalnych sędziów Izby Pracy SN, która potwierdziła, że Izba Kontroli Nadzwyczajnej… po prostu nie istnieje. A jej orzeczenia można pominąć tak, jak pomija się reklamy w aplikacji z AdBlockiem. Żurek wsparł to orzeczenie, dając sygnał, że państwo prawa nie polega na grzecznym uśmiechaniu się do bezprawia, ale na aktywnym przywracaniu ładu prawnego – krok po kroku, bez poklepywania po plecach.
A co robią neosędziowie? Nadal rozsiadają się w gmachu SN jakby nigdy nic. „Bo prezydent mnie powołał!” – krzyczą, a człowiek ma ochotę odpowiedzieć: „A kto ci powiedział, że Andrzej Duda to notariusz demokracji?”
Tymczasem Żurek nie działa w próżni. Ma poparcie legalnych środowisk sędziowskich, wsparcie RPO, dobre kontakty międzynarodowe i niezłą prasę – jak na ministra sprawiedliwości, który odziedziczył po Ziobrze instytucje rozjechane jak żaba na autostradzie.
Nie zapominajmy o desperackich próbach obrony dawnych ludzi PiS. Michał Kuczmierowski, były szef RARS, teraz błaga w Londynie, żeby go nie ekstradowano, bo – uwaga – Polska to kraj bezprawia. Czyli człowiek, który pracował przy demolce wymiaru sprawiedliwości, teraz twierdzi, że zburzył dom i nie może w nim mieszkać. Piękne. Naprawdę. Powinien napisać poradnik: „Jak podciąć gałąź i spaść na własną głowę – podręcznik dla hipokrytów”.
A skoro już o kabarecie mowa – zapraszam Państwa do Trybunału Stanu. Tam ostatnio odbyło się przedstawienie, które z powodzeniem mogłoby konkurować z dorobkiem Monty Pythona. Prezes Trybunału, sędzia z zacięciem stand-upera i duszą szabrownika, na oczach kamer rzucił się na innego sędziego jakby pomylił togę z peleryną wrestlingową. Tak, dobrze czytasz, czytelniku: przewodniczący posiedzenia rzucał krzesłami, a może nawet sędziami – nikt do końca nie wie, bo transmisja nagle została „z powodów technicznych” przerwana.
Po tym występie, ten sam skład Trybunału Stanu – składający się z trzech wybitnych znawców własnej nieomylności – uznał, że nie uchyla immunitetu Małgorzacie Manowskiej. Powód? Nie wiadomo. Forma? Skrajnie nielegalna. Legalność? Żadna. Logika? Abstrakcyjna. Czyli: Trybunał Stanu.
To wszystko przypomina mi zbiorowe przedstawienie „Kto tu jest sędzią?”. Z tą różnicą, że aktorzy nie schodzą ze sceny, tylko trzymają się kulis i udają, że grają Hamleta, a nie Bareję. Publiczność już nie klaszcze, tylko ziewa. Ale Żurek próbuje zmienić repertuar.
Czy mu się uda? Nie wiem. Ale jedno wiem na pewno: to pierwszy minister od ośmiu lat, który nie próbuje ustawiać sądów jak pionki, tylko przywraca im rangę filaru państwa. I za to należy mu się nie tylko uznanie, ale wsparcie.
Może kiedyś doczekamy się nawet nowej premiery. Takiej z legalnymi aktorami. I biletem w jedną stronę dla tych, którzy psuli spektakl przez ostatnie osiem lat.

Dodaj komentarz