





No to mrugamy: jeśli ktoś jeszcze wierzy, że w Polsce nikt nie biega za Trumpem z mikrofonem i nie tłumaczy jego bełkotu jak słów proroka, to znaczy, że od dawna nie włącza telewizora.
PAP – DEPESZA SCHRÖDINGERA
PAP postanowiła po raz kolejny udowodnić, że informacja może być jednocześnie prawdziwa i fałszywa. Najpierw poszła w świat depesza, że Trump rzekomo powiedział, iż pomoże Polsce dopiero po wojnie. Potem się okazało, że tego nie powiedział. A właściwie powiedział, ale nie dokładnie to, tylko coś podobnego, tylko że o Ukrainie. Ale i o Polsce, bo była w pytaniu. Efekt? Depesza, która istnieje i nie istnieje zarazem. Jak kot Schrödingera, tylko bardziej żenujący.
Adam Szłapka, rzecznik rządu, odniósł się do słów, które padły i nie padły, stwierdzając, że „gdyby padły, to byłyby niepokojące”. Brzmi jak instrukcja użycia parasola: „Jeśli pada, to otwórz, ale jeśli nie pada, to nie otwieraj”. Z jednej strony powaga, z drugiej – absurd sytuacji, w której komentujemy zdania-widma.
KACZYŃSKI – OBROŃCA MIMO WOLI
Jarosław Kaczyński wyczuł okazję i uznał, że trzeba tupnąć nogą. Ogłosił, że to skandal. Nie skandal, że Trump plecie androny o „pomyłkowych dronach” Putina nad Polską. Nie skandal, że amerykański prezydent powiela moskiewską narrację. Skandal, że PAP napisała depeszę, której nie powinna. Prezes PiS wykazał więc niezwykłą czujność: zamiast zająć się realnym problemem, przyłożył się do walki z przecinkami.
Kaczyński tłumaczył potem, że depesza uderzała w „bardzo dobre relacje między Trumpem a prezydentem Nawrockim”. I tu robi się zabawnie. Bo jeśli ktoś wierzy w bajkę o „bardzo dobrych relacjach” Trumpa z Nawrockim, to równie dobrze może wierzyć, że krowy latają, a Kaczyński gra w kosza z Obamą. Trump ledwo wie, gdzie leży Polska, a co dopiero, kto tam teraz pełni urząd prezydenta. Ale dla Kaczyńskiego to prawda objawiona – tak samo jak wiara, że PiS nadal kontroluje narrację.
A gdy przyszło do rzeczywistej wypowiedzi Trumpa – tej o „przypadkowych” rosyjskich dronach nad Polską – Kaczyński wymamrotał, że on rzecznikiem Trumpa nie jest. Faktycznie, rzecznikiem nie, ale przez lata był jego cheerleaderem. To przecież PiS-owskie ławy urządziły w Sejmie owację na stojąco dla Trumpa. Teraz jakoś mniej im się chce klaskać.
RZĄD TUSKA – OAZA NORMALNOŚCI
Na tle tego cyrku rząd Donalda Tuska wyglądał jak dyżurny nauczyciel w klasie pełnej krzykliwych dzieci. Ogłoszono 58 priorytetów państwa – ujętych w czterech filarach. Brzmi poważnie i nudno, czyli dokładnie tak, jak powinno wyglądać państwo. Wojska dronowe zamiast dronowych fantazji, atom zamiast pustych haseł, kolej zamiast kolejnych awantur. To nie jest show ani kabaret, tylko plan działania. W Polsce to brzmi egzotycznie, ale dla normalnych demokracji to po prostu codzienność.
Tusk i jego ministrowie mówią o bezpieczeństwie, energetyce, usługach publicznych i cyfryzacji. A Kaczyński? O spiskach, zdradach i rzekomych „korpusach dyspozycyjnych”. Różnica jak między operą a remizową dyskoteką.
ŚWIAT – GROTESKA BEZ KOŃCA
Tymczasem świat nie próżnuje. Netanjahu dalej bombarduje Gazę, cywile uciekają w stronę plaży, a USA po raz szósty wetują rezolucję ONZ o zawieszeniu broni. Ursula von der Leyen przedstawia 19. pakiet sankcji wobec Rosji, a Putin jak zwykle udaje, że to komary nad uchem. Rosyjskie drony latają nad Polską, a Zachód mówi: „musimy reagować”. Reaguje więc, ale powoli, jakby miał kaca.
Kim Jong Un testuje nowe zabawki, Xi Jinping przelicza dolary, a Nawrocki – nasz swojski satrapa – ćwiczy miny przed lustrem, marząc o tym, by ogłosić się królem Polski. Królem, carem i cesarzem jednocześnie. Problem tylko w tym, że jego tron to dykta, a berło przypomina raczej pałkę teleskopową z bazaru. Ale ambicje ma większe niż Putin i Trump razem wzięci.
EPILOG
Kto więc nie jest rzecznikiem Donalda Trumpa? Oficjalnie – Jarosław Kaczyński. Nieoficjalnie – wszyscy ci, którzy przez lata bili mu brawo, cytowali jego słowa i traktowali jak wyrocznię. Trump to idol dla populistów, a Nawrocki marzy, by być jego polską kopią.
Na szczęście gdzieś w tym bałaganie jest rząd Tuska, który zamiast teatru absurdu proponuje plan. I jeśli uda mu się go zrealizować, to może Polska naprawdę wejdzie w XXI wiek. Bo na razie – patrząc na Trumpa, Kaczyńskiego, Netanjahu i resztę – jesteśmy ciągle w średniowiecznym jarmarku, gdzie król jest nagi, rzecznicy udają, że tego nie widzą, a publiczność klaszcze z przyzwyczajenia.
I tak tkwimy w tym kramie pełnym kuglarzy, gdzie Trump rozdaje złote jabłka, Putin wiesza topór nad głową, Nawrocki przymierza koronę z kartonu, a Kaczyński pilnuje, żeby przypadkiem ktoś nie zepsuł mu rytmu braw. Gdyby to była opera, Verdi przewracałby się w grobie. Ale to tylko polska polityka – więc mamy kabaret bez przerwy.

Dodaj komentarz