TRZEJ JEŹDŹCY APOKALIPSY I KRÓL KAROL OD CEREMONII

Warszawa

Podobno żyjemy w XXI wieku. Kalendarz się zgadza, smartfony brzęczą, satelity śledzą nasze zakupy, a sztuczna inteligencja pisze felietony. Ale wystarczy zerknąć na polityczną scenę, żeby mieć wrażenie, że to raczej średniowieczny jarmark, na którym zamiast kuglarzy i błaznów mamy Trumpa, Putina, Netanjahu i kilku egzotycznych kacyków.


Trump – pajac w złotej koronie z plastiku

Donald Trump, dumny jak paw w garniturze szytym na miarę własnego ego, znów krąży po Europie. W Londynie powitano go jak cesarza, z pełnym ceremoniałem – saluty, czerwone dywany, fanfary. Król Karol, biedaczysko, musiał udawać, że robi to z przekonania, choć zapewne w duchu żałował, że nie może gościa przyjąć w mniej wykwintny sposób, powiedzmy w budce z fish and chips. Ale tak, brytyjski rząd wymyślił, że jeśli Trampowi pogłaszczą ego, to może nie podpali świata. Naiwność większa niż wiara w to, że Anglia wygra mundial.

Trump tymczasem przyjeżdża, obiecuje pokój, a gdy Rosja posyła drony na Polskę, mruga okiem i mówi: „mogła to być pomyłka”. Jakby chodziło o źle wysłaną pizzę, a nie o naruszenie granicy NATO. To jest właśnie problem z Trumpem: on wszędzie widzi siebie jako bohatera, nawet jeśli inni widzą w nim faceta, który kupił generalski mundur w second-handzie i teraz gra Napoleona w ogródku.


Putin – car wiecznie żywy, wiecznie groźny

Putin to klasyczny przypadek faceta, który myśli, że historia to jego osobisty serial, a on sam jest reżyserem, scenarzystą i głównym aktorem. Najpierw obiecuje pokój, potem wysyła drony, później znowu mówi o negocjacjach, by w końcu kazać artylerii przypomnieć światu, kto tu „rządzi”. To już nie polityka – to kabaret, tylko że zamiast śmiechu mamy groby.

Putin przypomina gospodarza wesela, który co godzinę rozbija kieliszki, bo „taka tradycja”, a goście nie wiedzą, czy klaskać, czy uciekać. Niestety, różnica jest taka, że jego „weselne tradycje” kosztują życie tysięcy ludzi.


Netanjahu – wieczny premier w roli dyrygenta chaosu

Benjamin Netanjahu to polityczny Houdini: za każdym razem, gdy wydaje się, że zaraz stanie przed sądem za swoje afery, bach – nowa wojna, nowy konflikt, nowa „operacja”. Ostatnio zaserwował bombardowania w Katarze, które miały być chirurgiczne, a wyszły jak operacja przeprowadzona siekierą.

Przy tym wszystkim Netanjahu ma niezwykłą zdolność mówienia o pokoju, kiedy za oknem huczą bomby. To trochę jakby właściciel kebaba w środku nocy krzyczał: „U mnie cisza i spokój!”, podczas gdy w środku biją się podpici studenci.


Kim, Xi i reszta orkiestry

Kim Jong Un, nasz ulubiony kacyk z Północy, dalej testuje drony samobójcze i wyżywa się na urzędnikach, którzy źle zmontowali okręt. To taki szef, co wścieka się na kucharza, że rosół nie ma odpowiedniego smaku, ale zapomina, że kuchnia tonie.

A Chiny? Grają w swoją ulubioną grę: „Udawajmy, że wspieramy pokój, a tak naprawdę kupujmy ropę od Putina i blokujmy sankcje”. Pragmatyzm tak gruby, że można by nim przykryć Wielki Mur.


Dlaczego ich nie szanujemy?

Bo nie ma za co. To ludzie, którzy używają słów takich jak „pokój”, „bezpieczeństwo”, „wolność” – a traktują je jak tani makijaż, którym przykrywają trądzik władzy. Trump karmi swoje ego, Putin bawi się w cara, Netanjahu bombarduje, żeby odsunąć własne procesy, Kim testuje zabawki wojenne, a Xi przykleja uśmiech, licząc pieniądze.


Wstyd za Karola

Król Karol, symbol zabytkowej monarchii, dał się wciągnąć w farsę powitania Trumpa. Rozumiem – rząd kazał, dyplomacja, gesty. Ale wyglądało to tak, jakby stary, dostojny zamek oddano w ręce dziecka, które koniecznie chciało się bawić w króla. Ceremonia miała pokazać potęgę demokracji i tradycji, a pokazała, że nawet monarchowie potrafią paść ofiarą cudzej manii wielkości.


Nawrocki – polski król z dykty

A skoro mowa o królach, to nasz lokalny kacyk, Karol Nawrocki, zapatrzony w Trumpa jak gimnazjalista w swojego idola z TikToka, podobno też ma marzenie: ogłosić się królem Polski. Jedynowładcą, cesarzem, carem i naczelnym kustoszem narodowej prawdy w jednym. Problem w tym, że jego „tron” zrobiony jest z dykty, a korona przypomina bardziej złoty garnek odwrócony do góry nogami. Nawrocki chciałby być polskim Trumpem, ale póki co wychodzi mu raczej kabaret w remizie, w którym publiczność klaszcze z grzeczności.


Pytanie filozoficzne na weekend

No to w jakim wieku żyjemy? XXI – mówi kalendarz. Ale kiedy patrzę na tych wszystkich przywódców, to mam wrażenie, że siedzimy dalej w średniowieczu: rycerze w zardzewiałych zbrojach, królowie z koronami z papieru, a na horyzoncie dym z kolejnej wioski podpalonej dla „większego dobra”.

Może zamiast pytać, kiedy ludzkość wreszcie dojrzeje, powinniśmy zapytać, czy w ogóle jest na to szansa. Bo jeśli nie – to pozostaje nam tylko śmiać się z groteski i trzymać kciuki, żeby ci faceci od bomb i fajerwerków nie zrobili z planety wielkiego ogniska.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights