
Piszę ten felieton w szpitalu, więc proszę o wyrozumiałość – może być trochę głupi, ale, umówmy się, nasza polityka już dawno uciekła z oddziału intensywnej logiki i wylądowała w pokoju wspólnym z kabaretem.
Nowa awantura o rozwalony dom w Wyrykach rozgrzała dziś cały kraj. Najpierw „Rzeczpospolita” napisała, że to nie żaden dron, tylko nasza własna rakieta z F-16 stuknęła w dach. Owszem, nie wybuchła, bo zadziałały zabezpieczenia – można więc powiedzieć, że to był taki rakietowy pocałunek bez skutków ubocznych. Choć dach, ściany i samochód właścicieli mówią coś zupełnie innego.
Prezydent Nawrocki, prosto z Berlina i Paryża, wpadł w klasyczny tryb „jestem zaniepokojony i oczekuję pełnej informacji”. Brzmiało to tak, jakby wkurzony turysta właśnie wrócił z urlopu i zastał domek letniskowy zalany przez sąsiada. Problem w tym, że zamiast sąsiada mamy rosyjskie drony, a zamiast ogrodowej konewki – polską rakietę z usterką.
Donald Tusk zachował zimną krew. Premier jasno powiedział: odpowiedzialność spada na Rosję, bo to ona wysłała drony. I miał rację – nikt przy zdrowych zmysłach nie mówi, że strażak odpowiada za pożar tylko dlatego, że przy gaszeniu zalał kuchnię. Tusk dodał też: „Łapy precz od polskich żołnierzy”. Krótko i ostro. Aż się chciało, żeby dodał jeszcze: „I od moich rakiet też”.
Minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz podkreślił, że wojsko działa wzorowo, a sugestie o utajnianiu są kłamstwem. Generał Polko z kolei przyznał w TVN24, że minister powinien od razu zadzwonić do prezydenta i powiedzieć, co się stało. To mi przypomina kłótnię małżeńską: „Czemu mi nie powiedziałeś, że byłeś w barze?!”. „Bo myślałem, że nie chciałaś wiedzieć…”.
Nawrocki, zamiast dzwonić do swoich ludzi, biegnie do dziennikarzy i żali się, że nie dostał informacji. Trochę jakby uczeń poskarżył się nauczycielowi, że kolega z ławki nie podał mu długopisu. Prezydent w tej historii wygląda na biednego, ale bardziej bieda-prezydenta niż głowę państwa.
W tle dzieje się cała reszta:
- Ziobro wciąż chowa się przed komisją ds. Pegasusa, a sąd już oficjalnie uznał, że trzeba go przyprowadzić siłą. Czekam, aż posłowie będą musieli ganiać za nim z kajdankami w rękach – „polityczna wersja Benny Hilla”.
- Waldemar Żurek dalej sprząta po „ziobrystach” w sądach. Kolejne nazwiska lecą jak puszki z półki w Biedronce. Neo-KRS rozpada się na kawałki, a sędziowie Ziobry pakują się szybciej niż lokatorzy po wypowiedzeniu umowy najmu.
- W Ustce Tusk ogląda manewry „Żelazny Obrońca” i „Jesienny Ogień”. 60 tysięcy żołnierzy, HIMARS-y, Patrioty – wyglądało to tak imponująco, że nawet Amerykanie mogli mieć lekką zazdrość. Do tego premier ogłosił, że Orka, czyli łodzie podwodne, w końcu zostaną kupione. Polska marynarka nie będzie już tylko flotyllą kajaków.
- A Nawrocki? Najpierw Berlin (reparacje, które po raz setny uznano za „sprawę zamkniętą”), potem Paryż i spotkanie z Macronem. Gdziekolwiek się pojawia, robi wrażenie nie prezydenta, a ucznia na wycieczce szkolnej, który zgubił plan lekcji i teraz improwizuje.
Podsumujmy:
Rakieta z usterką, dom w Wyrykach w ruinie, prezydent w panice, premier spokojny, MON oburzony na zarzuty, generał Polko pouczający jak wujek na weselu, a sądy wreszcie sprzątane z pisowskich pamiątek. Do tego nowa partia, która chce być inna niż wszystkie, choć brzmi jak odgrzewany kotlet z poprzednich kadencji.
A ja siedzę w szpitalnym łóżku, stukam w klawiaturę i myślę: jeśli ten felieton jest trochę głupi, to dlatego, że próbuję pisać o polskiej polityce, a to samo w sobie jest przypadek kliniczny.

Dodaj komentarz