DRON NAD GŁOWĄ, A W GŁOWIE DEXTER: CZYLI POLSKA MIĘDZY TUSKIEM A TROLLAMI

Warszawa

W tym tygodniu nad polskim niebem zawisło coś więcej niż tylko rosyjskie drony. Zawisła także ciężka jak betonowa kołdra atmosfera narodowego egzaminu z rozsądku, a wraz z nią – nasz wiecznie spóźniony, lecz zawsze gotowy do recytacji banałów prezydent Karol „Mam Wrażenie” Nawrocki.

Zacznijmy od pozytywów, bo tak wypada. Premier Tusk odwiedził bazę w Łasku i podziękował pilotom za zestrzelenie rosyjskich latających śmieci. Oczywiście, nie sam zestrzeliwał – jego broń to słowa, a te, jak wiadomo, u niego bywają celne. Z kolei minister Kosiniak-Kamysz wystąpił w Sejmie niczym rasowy generał PR-u i zamiast po raz setny przerzucać się z PiS-em, kto bardziej kocha ojczyznę, po prostu opowiedział, co się stało. Skandal. Kultura. Fakty. Argumenty. To się nie przyjmie.

MON, BBN, NATO – wszystko zagrało jak w orkiestrze dętej, choć niektórzy posłowie Konfederacji najwyraźnie przyszli na koncert techno i byli wyraźnie rozczarowani brakiem bitu.

Z kolei prezydent Nawrocki – człowiek z miną wiecznie zaskoczonego turysty, który właśnie odkrył, że prąd nie mieszka w kontakcie, tylko w gniazdku – postanowił wpaść na RBN i podzielić się „głębokim przekonaniem”. Otóż prezydent czuje. Czuje to i owo. Czuje, że atak to test, czuje, że społeczeństwo musi być odporne, czuje, że Finlandia jest super. Czuje też potrzebę dzielenia się tym wszystkim, bo przecież prezydent to taki urząd: człowiek do czucia.

Pytanie tylko – czy naprawdę potrzebujemy czującego mówcy, gdy nad nami latają drony, a Łukaszenka rozdaje więźniów jak kartki na mięso w latach 80.? Człowiek, który jednego dnia mówi o „efekcie Putina” (jakby to był nowy żel do włosów), a drugiego z pełną powagą zapewnia, że wszystko jest pod kontrolą, mimo że właśnie schował się za klauzulą „niejawną”.

Tak, część posiedzenia Rady Bezpieczeństwa Narodowego jest niejawna. Bo wiadomo, jak coś jest niejawne, to można potem twierdzić, że mówiło się mądrze. Klasyczna strategia imprezowego filozofa: nic nie pamiętam, ale wszyscy byli pod wrażeniem.

W tle tej komedii narodowej – Rosja. Rosja, która robi to, co potrafi najlepiej: narusza granice i opowiada, że to nie ona, tylko Ukraina, NATO, Greenpeace i może jeszcze tajne oddziały kabaretowe z Opola. A polska prawica? Część węszy spisek, część krzyczy, że drony przyleciały na zaproszenie Tuska, a część sugeruje, że powinniśmy się modlić, żeby następnym razem to nie były… wróble.

I tu pojawia się nowy wątek: dezinformacja. Rosyjska tuba propagandowa nie zawiodła, a polskie podwórkowe trolle, czyli faceci w klapkach, którzy myślą, że Biełsat to sieć sklepów z tanimi telewizorami, chętnie powtarzali brednie o ukraińskiej prowokacji. Bo przecież jak coś przyleciało znad Ukrainy, to musi być od Ukrainy. To ten sam tok rozumowania, który zakłada, że jak sąsiad rzuci śmieci za płot, to znaczy, że właśnie nas zaprosił na grilla.

Cudownie było też obserwować, jak Łukaszenka – ten sam, który więźniów politycznych zamienia na spinki do mankietów od Trumpa – zgrywał ofiarę polskiej „dzikusowatości”. To klasyczny przykład dyktatorskiej wersji „dlaczego znowu ja?”, tylko że zamiast trzylatka mamy siedemdziesięcioletniego pana z zapędami imperialnymi i brakiem brwi.

Zatem tak: Polska zdała egzamin. Premier stanął na wysokości zadania. MON i armia działają jak należy. NATO pokazało, że ma refleks lepszy niż przeciętny komentator Facebooka. Ale gdzieś w tym wszystkim, jak zwykle, czai się pokusa, żeby zamienić politykę w kabaret, a kabaret – w Sejm.

Bo gdy jedni mówią o dronach i realnym zagrożeniu, inni chcą wiedzieć, dlaczego nie pytano Białorusinów o zdanie, albo czy czasem Putin nie chciał po prostu przelecieć dronami nad Polską, żeby sprawdzić pogodę. To tak, jakby podczas pożaru ktoś dopytywał, czy straż pożarna ma pozwolenie na podlewanie podłogi.

Nie, drodzy państwo. To nie Ukraina, to nie prowokacja, to nie Tusk osobiście zlecił atak, żeby wywołać histerię. To po prostu Rosja robiąca rosyjskie rzeczy. A my – my jesteśmy Polską, która jak zwykle najpierw się kłóci, potem działa, a na końcu tłumaczy, że „było dobrze, ale mogło być lepiej”.

I najgorsze w tym wszystkim jest to, że w Sejmie wciąż są ludzie, którzy uważają, że największym zagrożeniem dla Polski jest… informacja.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights