
Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że Radosław Sikorski poleciał do USA, żeby nagrać odcinek vloga pt. „Dyplomacja na spontanie – dzień trzeci: znowu nikt mnie nie rozpoznał”. Ale nie dajcie się zwieść – to nie był ani urlop sponsorowany przez Ministerstwo Egzaltacji Narodowej, ani nowy format TVN Style.
W rzeczywistości Sikorski zrobił coś, co dla jego przeciwników jest absolutnie niezrozumiałe: pojechał za ocean robić politykę. A że przy okazji zrobił sobie kilka zdjęć? Cóż, jeśli selfie pod Białym Domem to zbrodnia, to powinniśmy też aresztować połowę polskich rodzin, które wracają stamtąd z magnetycznymi pamiątkami i nieśmiertelnym „I ❤️ NY”.
Witajcie w Strefie Nawrockiego
A teraz przenieśmy się do obozu prezydenckiego, czyli Strefy Zero zdrowego rozsądku. Gospodarzem tej strefy jest Karol Nawrocki – człowiek, który wygląda jakby urodził się w zapiętym garniturze, a przynajmniej jakby zasnął w nim na komisji sejmowej i już się z nim zespolił.
Karol, jak przystało na prezydenta z przypadku, który wygrał dzięki temu, że jego rywale byli jeszcze bardziej z przypadku, postanowił zablokować wszystko, co się da. Ustawy? Weto. Reformy? Weto. Powiew wiatru z kierunku zachodniego? No pasaran.
A najbardziej uwiera go Sikorski – jak żwirek w bucie, tylko ten żwirek umie mówić po angielsku i zna różnicę między Izbą Reprezentantów a salą fitness.
Karol i jego Trzej Kumple Apokalipsy
Trzeba też powiedzieć kilka słów o ekipie Karola, bo prezydentura to nie kabaret dla jednej osoby, tylko sitcom z szerokim składem aktorskim. Towarzyszy mu plejada specjalistów od wszystkiego – od moralnego niepokoju po legislacyjną niemoc.
Największą gwiazdą jest tu specjalista od relacji międzynarodowych, który uważa, że jeśli Sikorski spotyka się z Marco Rubio, to pewnie tylko po to, żeby ustalić nowy przepis na sos barbecue. A jeśli Sikorski rozmawia z szefem komisji wywiadu, to tylko po to, żeby dowiedzieć się, kto mu donosi z Pałacu.
Ludzie Karola mają jeden pomysł na dyplomację: obrażanie się. Na wszystkich. Trochę jak gimnazjalista, któremu ktoś zabrał kredki, więc teraz rozwala lekcję.
PR kontra PRL
Najbardziej ironiczne w tym całym tańcu jest to, że Nawrocki i jego sztab zarzucają Sikorskiemu… PR. Tak jakby PR był czymś złym. Otóż, panowie i panie z Instytutu Robienia Niczego, w świecie polityki XXI wieku PR to nie fanaberia – to podstawowe narzędzie.
To tak, jakby mieć pretensje do chirurga, że używa skalpela, a nie kija od szczotki. W dodatku Sikorski w tym PR-ze nie jest zły. To boli ich najbardziej – że gość, który ich irytuje, zna trzy języki, potrafi się wypowiedzieć z sensem i jeszcze ma czelność wyglądać jakby ogarniał, co się dzieje w świecie.
Złośliwość losu czy plan?
Oczywiście, nie ma co idealizować Sikorskiego. Ten człowiek ego ma większe niż elewacja Sejmu. Ale przynajmniej wie, że polityka to gra. A jak się gra, to trzeba punktować – nawet jeśli przeciwnikowi zostały tylko własne nogi do podstawiania.
I tu wracamy do sedna: Sikorski wygrał nie dlatego, że wygrał. Wygrał, bo jego przeciwnicy przegrali sami ze sobą. On tylko robił swoje, a potem umiejętnie nagłośnił, że to robi.
Tymczasem Nawrocki i spółka biegają z miotłą po boisku, próbując wymieść Sikorskiego z debaty publicznej, ale efekt jest taki, że zamiast usunąć kurz, robią z niego tornado.
Zakończenie, czyli zbyt długa pointa
Można nie lubić Sikorskiego. Serio, to bardzo łatwe – wystarczy go posłuchać przez pięć minut. Ale trzeba mu oddać jedno: w kraju, gdzie większość polityków sprawia wrażenie, że wrzuciliby mapę do niszczarki, bo nie rozumieją geopolityki, on przynajmniej wie, gdzie leży Waszyngton.
A Nawrocki? No cóż… Jemu najwyraźniej wystarcza świadomość, że leży. W poprzek. Wszystkiemu.
I jak tu nie kibicować Radosławowi? Choćby z czystej przekory. Ale też trochę dlatego, że na tle obecnej konkurencji wygląda jak dorosły w pokoju dzieci. Co prawda lekko narcystyczny dorosły z iPhonem, ale jednak dorosły.

Dodaj komentarz