
Zakończyła się Rada Gabinetowa i na scenę wjechał Zbigniew Bogucki – naczelny tłumacz, propagandysta i rzeczoznawca od rzeczywistości alternatywnej. Jeśli ktoś liczył na podsumowanie faktów, ten się srodze zawiódł. Otrzymaliśmy bowiem kolejną porcję politycznego kabaretu, w którym Bogucki gra rolę Cyrankiewicza na sterydach – wszystko objaśni, wszystko zrekapituluję, wszystko zinterpretuje tak, by nawet największa porażka wyglądała jak wygrana w totolotka.
„Były trzy zasadnicze cele pana prezydenta” – zaczął z dumą Bogucki, jakby ogłaszał program misji na Marsa. Cel pierwszy: wypracowanie wspólnego stanowiska (czytaj: pokrzyczeć, że rząd jest be). Cel drugi: skonfrontowanie stanowisk (czytaj: pokrzyczeć jeszcze raz, tylko głośniej). Cel trzeci: realizacja zapowiedzi wyborczej, czyli – uwaga – „motywowanie rządu do ciężkiej pracy”. Proszę państwa, oto prezydent Polski jako kierownik brygady budowlanej, który przychodzi na plac i krzyczy: „Chłopaki, do roboty!”. Jeśli to nie jest groteska, to co nią jest?
Potem padł prawdziwy hit: „Mamy do czynienia z kwadrygą ministra Domańskiego, czyli czterema jeźdźcami apokalipsy”. Bogucki, niczym wędrowny kaznodzieja na jarmarku, wymienił te koszmary: pożyczki, deficyt, mniejsze wpływy i wydatki pozabudżetowe. Zabrzmiało to tak, jakby minister finansów właśnie zrzucił na Polskę plagi egipskie, a jedynym ratunkiem był… oczywiście prezydent Nawrocki, uzbrojony w kalosze i „Plan 21”.
Ale Bogucki nie byłby sobą, gdyby nie dolał jeszcze sosu z absurdu. Zapowiedział, że prezydent będzie „żądał odpowiedzi na piśmie”. Brzmi to jak praca domowa z algebry: „Panie Domański, proszę do jutra oddać wypracowanie na temat: jak to się stało, że deficyt nie zniknął, skoro pan prezydent się martwi”. Ktoś powinien Boguckiemu wyjaśnić, że państwem nie zarządza się jak lekcją w podstawówce.
Kulminacja przyszła, gdy pan rzecznik zakomunikował: „To pokazuje, że panu prezydentowi zależy na dyskusji merytorycznej, dyskusji na temat faktów”. Fakty? W ustach Boguckiego to brzmi jak żart miesiąca. Bo fakty są takie, że inflacja spadła, gospodarka rośnie, inwestycje biją rekordy. Ale w ich świecie faktem jest tylko to, co można wydobyć z zakurzonej szuflady PiS-owskiej retoryki.
I tak oto zakończyła się ta szopka: premier Tusk – rzeczowy, spokojny, opierający się na liczbach. Prezydent – obrażony chłopiec, który przerywa i krzyczy „nie po to was zaprosiłem”. A na deser – Bogucki, który z triumfem ogłasza, że oto mamy zwycięstwo. Jakie? Ano takie jak po meczu, w którym drużyna przegrywa 0:5, ale rzecznik tłumaczy, że „tak naprawdę to my wygraliśmy, bo mieliśmy więcej podań do tyłu”.
Witamy w nowej epoce polskiej polityki: czterech jeźdźców apokalipsy to deficyt, pożyczki, wydatki i wpływy, a piątym jeźdźcem – najgroźniejszym – jest propaganda Boguckiego. I niestety, on nie odjedzie w siną dal, tylko zostanie, żeby dalej tłumaczyć nam, że czarne jest białe, a klęska to zwycięstwo.

Dodaj komentarz