
Karol Nawrocki wkroczył dziś do sali Rady Gabinetowej w Pałacu Prezydenckim niczym nauczyciel matematyki w wiejskiej szkole z lat 80.: kreda w jednej ręce, linijka w drugiej, a w ustach frazes o „mapie drogowej współpracy”. Cham w kaloszach, kibol z trybun, bigot z ambony – a jednocześnie samozwańczy rozkazodawca, który w swoim mniemaniu zna się na wszystkim: od budżetu po zboże, od CPK po konstytucję. Łachudra, która naprawdę uwierzyła, że Polska jest jego własnością i że ma patent na mądrość.
I z tym tonem rozstawiającego wszystkich po kątach majstra, oznajmił: „Podstawowym warunkiem powodzenia naszej współpracy jest realizacja przez nas wszystkich polityki dotrzymywania swoich zobowiązań. To spowoduje, że będzie mniej wet i dyskusji publicznych”. Brzmi to jak instrukcja dla uczniów, żeby nie przeszkadzali w lekcji, bo inaczej będzie pała. Ot, chamstwo w czystej postaci – tyle że z prezydencką pieczęcią.

Na sali siedzi Donald Tusk, cierpliwy, opanowany, ale i przygotowany na tę farsę. Odpowiada krótko, celnie, z lodowatą ironią: „Rada Gabinetowa to nie jest substytut rządu, to nie jest klub dyskusyjny, tylko są to obrady Rady Ministrów prowadzone przez prezydenta”. W jednym zdaniu sprowadza Nawrockiego do roli gospodarza wynajmowanej świetlicy – owszem, może odkurzyć, może ustawić krzesła, ale prowadzić koncertu mu nie wolno.
Nawrocki jednak nie odpuszcza. Popisuje się swoją „wiedzą”: deficyt, trzy nowelizacje tych samych ustaw, chaos, Ukrainiec na zasiłku, a nawet, o zgrozo, „mój Plan 21”, który z dumą zapowiada, że „może panu premierowi wysłać jeszcze raz, jeśli sobie życzy”. Obrazek groteskowy – facet, który wierzy, że jego brulion z bazgrołami politycznych fantazji jest równoważny z programem rządu. Sutener politycznych złudzeń, wciskający swoje ulotki na siłę.
Tusk tymczasem uderza faktami. „Mamy powód do satysfakcji. Odeszliśmy od upiornej drożyzny, inflacja wynosi 3,1 proc. Rządzimy niespełna dwa lata, a dziś jesteśmy najszybciej rozwijającą się gospodarką w Unii Europejskiej”. Zwięźle, konkretnie, bez patosu. To jest różnica między profesorem a kibolem – jeden mówi o faktach, drugi o swoich urojeniach.
Nawrocki, jak rasowy trybun PiS, próbuje przerywać, zagadać, wrzucić coś o CPK i „rekordowym deficycie”. Ale każde jego słowo brzmi jak rechot z taniego kabaretu. I choć próbuje przywołać „lud” na swoją stronę, coraz wyraźniej wygląda na to, że sam został wywołany do tablicy i nie zna odpowiedzi.
Kulminacja? Cytat, który przejdzie do annałów groteski: „Tak po męsku, po ludzku chciałbym wiedzieć, co przez ostatnie 18 miesięcy udało się zrobić polskiemu rządowi”. Jakby ktoś pytał sąsiada przez płot, czemu ten jeszcze dachu nie naprawił. Prezydent Polski, sprowadzony do roli chłopka-roztropka, który myli państwo z wiejskim kółkiem rolniczym.
Tusk – spokojnie, rzeczowo, ale i z widoczną irytacją – punktuje, prostuje, uświadamia. „W przyszłym roku wydamy prawie 200 mld złotych na obronność. Inwestycje wzrosły o 100 proc. Polska jest europejskim liderem w wydatkach społecznych”. Fakty kontra bełkot. I nie ma miękkiej gry – premier daje jasno do zrozumienia, że chamowi nie pozwoli pomiatać ani sobą, ani rządem.
Drzwi się zamykają. Niejawna część obrad rusza. Wewnątrz Pałacu – teatrzyk jednego aktora, który usiłuje pouczać wszystkich wokół, i publiczność w postaci całego rządu, która kiwa głową z politowaniem. Bo Nawrocki, z całym swoim zadęciem, naprawdę wierzy, że jest panem tej ziemi. A tymczasem na zewnątrz opinia publiczna już wie: to nie profesor, nie mąż stanu, nie wizjoner – tylko cham w kaloszach, któremu ktoś przez pomyłkę dał klucze do pałacu.
I tak oto Rada Gabinetowa staje się farsą, w której jedynym zwycięzcą jest zdrowy rozsądek reprezentowany przez Tuska. A Nawrocki? On pozostanie pachanem, tyle że nie w rosyjskim więzieniu, lecz w złotej klatce polskiej polityki – i to w roli błazna.

Dodaj komentarz