
Minęło osiem godzin od alaskańskiego spektaklu Trump–Putin i wreszcie słychać chóry oburzonych głosów z Europy. Trump zdał raport przez telefon, jakby tłumaczył się rodzicom po nocnej imprezie: „Było super, atmosfera konstruktywna, a szczegóły… no cóż, nie pamiętam, ale dogadaliśmy się, że się dogadamy”.
Putin, świeżo opromieniony fleszami i czerwonym dywanem rozwijanym przez klęczących żołnierzy, w tym czasie wysyłał na Ukrainę 85 dronów i rakiety. „Braterski naród ukraiński” – jak go nazwał – dostał od brata równocześnie deklarację miłości i serię ciosów w głowę. Braterska pedagogika Kremla: przytul i dobij.
Trump, zachwycony własnym występem, zadzwonił do Zełenskiego, a potem do europejskich przywódców. Na liście: Macron, Merz, Stubb, Starmer, Rutte i – wisienka na torcie – Karol Nawrocki, który w tej układance brzmi jak ktoś, kto znalazł się w pokoju przez pomyłkę. Ursula von der Leyen starała się zachować powagę, ale wyglądała, jakby słuchała opowieści dziecka, które właśnie wymyśliło nową grę w piaskownicy: „Następnym razem spotkam się z Putinem i Zełenskim razem! To będzie super, naprawdę super!”.
Kijów w tym czasie liczył starcia na froncie: 139 w ciągu jednej doby. A Europa? Europa się naradza. Naradza, czyli produkuje akapity komunikatów, które przeczytają już tylko asystenci.
Najbardziej bolesny jest obraz: Putin, dziarsko uśmiechnięty, witany przez amerykańskiego prezydenta jak celebryta, podczas gdy Ukraina płonie. Obraz czerwonego dywanu rozwijanego przed dyktatorem zostanie w pamięci dłużej niż wszystkie te puste frazesy o „konstruktywnej atmosferze”. To właśnie na tym dywanie Putin idzie do historii – nie jako parias, ale jako gość honorowy.
Ukraińcy złośliwie zauważają: jedyny pozytyw szczytu to to, że Trump nie podpisał w ciemno rosyjskich warunków. To trochę jak pochwalić się, że chirurg nie zostawił skalpela w środku pacjenta.
A my, w Polsce i w Europie, mamy dreszcze. Bo kiedy Trump rozmawia o przyszłości kontynentu z Putinem, a równocześnie prosi o radę Karola Nawrockiego, to naprawdę możemy się obawiać, że następne „historyczne porozumienie” napiszą Moskwa i Waszyngton, a my będziemy tylko statystami. I znowu zostanie nam rola tego braterskiego narodu, któremu tłumaczy się, że bomba na dach to tylko przejaw troski.

Dodaj komentarz