

Gdy zegar wybił godzinę 12:00, Donald Tusk przekroczył próg Pałacu Prezydenckiego. Punktualny, jak na premiera przystało, gotów do rozmowy, może nawet do porozumienia. Ale niestety – na tej scenie nie był jedynym aktorem. Pojawił się On. Gospodarz. Prawdziwy macho instytucjonalnego machania szabelką. Karol „Każ-Kazać” Nawrocki.
Wszedł z opóźnieniem – równo dwie minuty. Dwie cenne, symboliczne, natchnione minuty triumfu. Zegary w Pałacu od teraz będą odmierzać czas „przed wejściem Nawrockiego” i „po wejściu Nawrockiego”. Dlaczego spóźnienie? Być może musiał się jeszcze ustawić dokładnie pod portretem Lecha Kaczyńskiego – przecież żadne światło nie padnie na Karola przypadkowo.
Wszedł. Podał dłoń. I się zaczęło.
Według rzecznika prezydenta, Pawła „Klepię Oczywistości” Szefernakera, rozmowa dotyczyła rzeczy najważniejszych: Ukrainy, bezpieczeństwa, finansów, roli prezydenta, rozwoju, czyli całego bukietu spraw, którymi można zapchać 60 minut bez mówienia czegokolwiek konkretnego. Zaznaczono również, że prezydent „przedstawił zasady”. Wspaniale. To jak wejść do kuchni i powiedzieć szefowi kuchni, że „jedzenie powinno być smaczne”. Zasady. Fundamenty. Dekalog prezydenckiego ego.
A co powiedział Tusk? Że zgodzili się w stu procentach. Na co? Że mają fantastyczne dzieci i kochane rodziny. Świetnie. Czyli podczas gdy Karol tłumaczył, że będzie „aktywnie uczestniczył w życiu publicznym” (czytaj: torpedował wszystko, co rząd zrobi), premier zredukował całe spotkanie do rodzinnej kartki z życzeniami. Bardzo produktywnie.
Ale to nie koniec kabaretu. Oczywiście musiała odbyć się konferencja rzecznika prezydenta, który z pełnym przekonaniem mówił, że „Konstytucja jasno wskazuje” – co zwykle oznacza, że ktoś właśnie zamierza ją wygiąć jak łyżkę w rękach telewizyjnego iluzjonisty. Dowiedzieliśmy się, że odbędzie się Rada Gabinetowa. Bo przecież jak nie wiadomo, co robić – zwołaj radę. Najlepiej przed końcem wakacji, żeby zdążyć jeszcze zrobić wrażenie na powracających z urlopów wyborcach.
Nawrocki, któremu zależy głównie na tym, by wyglądać jak człowiek, który wie, czego chce, w rzeczywistości wykonał perfekcyjny pokaz „niczego z przesłaniem”. Powiedział Tuskowi, że będzie „aktywny”. Co, w tłumaczeniu z Nawrockiego na polski, oznacza: „będę przeszkadzał, zwoływał, komentował, przemawiał i generalnie robił hałas, który mój obóz pomyli z męstwem”.
Podsumowując: Tusk przyszedł pogadać, Nawrocki przyszedł pokazać, że nie przyszedł pogadać, tylko panować. Premier wyszedł z Pałacu z ironicznym wpisem na X, a Karol – z poczuciem spełnienia i nowym portretem na ściance.
Wszystko to przypomina scenę z westernu. Tyle że zamiast rewolwerów mamy mikrofony, zamiast koni – rządowe limuzyny, a zamiast kul – komunikaty o „zasadach współpracy”.
Western w samo południe. I nawet ktoś kazał komuś czekać.
Ale jak to w polskim kinie bywa – skończyło się na pierogach i nieśmiesznym dowcipie.

Dodaj komentarz