
Są w polityce postacie, które wchodzą do gry z pokorą, ostrożnie, badając grunt. A są też takie, które wpadają w butach kowboja prosto na parkiet, łamią krzesło, strącają żyrandol i jeszcze krzyczą: „To było widowiskowe, prawda?”. Karol Nawrocki należy do tej drugiej kategorii — tyle że bez grama autoironii i z pełnym przekonaniem, że to właśnie on jest tym, którego historia (i Donald Trump) wybrała, by nas zbawić.
Wszystko, co robi, pachnie Trumpem. I to nie tym amerykańskim Trumpem w garniturze szytym na miarę, tylko wersją z bazaru, z doczepioną czupryną i miną człowieka, który w życiu nie widział paragrafu, ale wie, że wystarczy mówić głośniej od innych. Nawrocki, jak jego idol zza oceanu, jest przekonany, że im większa buta, tym większa władza. W jego ustach „konstytucja” brzmi jak egzotyczna przyprawa, której używa się tylko dla dekoracji, a „państwo prawa” to fanaberia salonowych liberałów.
Ostatnie dni to pokaz tej niezdrowej pewności siebie. Gdy wszyscy spodziewali się, że w rozmowach z Donaldem Trumpem Polskę będzie reprezentował Donald Tusk — bach! — pojawił się Karol „Ja Tu Rządzę” Nawrocki. I od razu scena jak z kiepskiego westernu: Tusk patrzy z boku, Trump klepie po plecach, Nawrocki w środku kadru. Efekt? Opozycja i rząd w lekkim szoku, a prezydent w ekstazie, że „znowu im pokazał”.
Problem w tym, że to nie jest pojedynek o to, kto zrobi lepsze selfie z Trumpem, tylko kwestia bezpieczeństwa państwa. Ale w logice Nawrockiego liczy się gest. Liczy się, żeby kamera złapała odpowiedni kadr i żeby można było wrzucić do internetu opowieść o „wielkim sukcesie dyplomatycznym”, najlepiej z hashtagiem #TylkoPrezydent.
I oto dziś — teatr polityczny w pełnej krasie — Nawrocki spotyka się z Tuskiem. Oczywiście „na prośbę premiera”, bo w świecie pałacowych komunikatów każdy przecinek jest częścią gry o dominację. Premier przychodzi niby w sprawie bezpieczeństwa i polityki zagranicznej, ale wszyscy wiemy, że to także rytuał wymuszony przez wpadkę wizerunkową. Canossa po polsku, z tym że zamiast pokutnego kaptura Tusk ma garnitur, a zamiast papieża stoi przed nim facet, który uważa, że fotel prezydencki to tron, a tron to trampolina do historii.
Jest w tym coś tragikomicznego. Oto człowiek, który odziedziczył po poprzedniku wszystkie „zabawki autokraty” i zamiast je wyrzucić, poleruje je z dumą. Centralizacja władzy? Jest. Faworyzowanie „swoich” sędziów? Proszę bardzo. Retoryka „Bóg, historia i ja”? Pełną gębą. A do tego styl prowadzenia polityki zagranicznej rodem z reality show, gdzie liczy się przede wszystkim, kto wejdzie na scenę ostatni i powie „teraz moja kolej”.
Trudno się nie uśmiechnąć, choć to śmiech przez zaciśnięte zęby. Bo za tą groteską kryje się poważny problem — państwo, w którym władza traktuje prawo jak przeszkodę, a instytucje jak scenografię. W takim systemie nie ma znaczenia, czy przy stole z Trumpem siedzi Tusk, czy Nawrocki — bo jeśli fundamenty są krzywe, żaden dywan dyplomacji ich nie przykryje.
A mimo to, patrząc na dzisiejsze spotkanie w Pałacu, życzę Tuskowi zimnej krwi i dobrego poker face’a. Bo choć siedzi naprzeciw człowieka, który myśli, że jest Trumpem, to jednak siedzi też naprzeciw prezydenta RP. A państwo, jakiekolwiek by nie było, warto ratować — nawet jeśli trzeba w tym celu podać rękę komuś, kto wcześniej tą ręką pokazywał ci gest Kozakiewicza.
Bo Polska to nie zabawka, a my nie jesteśmy statystami w reality show pana Nawrockiego. Choć on sam chyba właśnie tak nas widzi.

Dodaj komentarz