KTO PIERWSZY DO TELEFONU – POLSKA DYPOLOMACJA W WERSJI KIBOLSKIEJ

Warszawa

Nie ma to jak polska myśl dyplomatyczna – pełna rozmachu, polotu i… prywatnych ambicji. Premier Donald Tusk rozmawia z europejskimi liderami o wojnie w Ukrainie, o wspólnym stanowisku wobec Trumpa przed jego schadzką z Putinem na Alasce – a tu nagle zza kulis wyłania się Karol „Ja też chcę!” Nawrocki. Wślizguje się do grona przywódców z miną chłopca, który właśnie wyrwał lizaka starszemu bratu.

Tyle że to nie jest niewinna scena z placu zabaw. W pierwszej rozmowie przy stole siedzieli kanclerz Niemiec Friedrich Merz, prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski, prezydent Francji Emmanuel Macron, premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer, premierka Włoch Giorgia Meloni, prezydent Finlandii Alexander Stubb, szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen i sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg. Polska była reprezentowana przez premiera Tuska. Cel: ustalić wspólne europejskie stanowisko i przekazać je Trumpowi.

Ale wtedy wjeżdża on – Nawrocki. Nie z mandatu rządu, lecz z zakulisowym układem, bo – jak z satysfakcją wyznał jego przyboczny Marcin „Wagon Pierwszej Klasy” Przydacz – „od wczoraj wiedzieliśmy, że to prezydent będzie rozmawiał z Trumpem”. I z jaką pogardą obśmiał premiera oraz rzecznika rządu: „Nie mają kontaktów z Amerykanami, nie wiedzą, kto uczestniczy w rozmowach”. Czyli: my mamy telefony, wy co najwyżej numer po pizzę.

To już nawet nie jest polityka zagraniczna – to ustawka pod blokiem. Premier, zgodnie z ustaleniami, prowadzi oficjalne rozmowy z europejskimi liderami. W tle Kancelaria Prezydenta wyciąga Trumpa jak zakładnika w lokalnej wojen­ce i wstawia swojego człowieka. Tak się właśnie przenosi polską pyskówkę na poziom międzynarodowy.

Wygląda to mniej więcej tak: Tusk rozmawia z Merzem, Macronem, Meloni, Starmerem, Stubbem, Zełenskim, von der Leyen i Stoltenbergiem, ustalają plan gry. Wchodzi Nawrocki, krzyczy „Siema, ja tu teraz rządzę!”, a potem  prosi Amerykanów, by to on, a nie premier, został zaproszony do rozmowy. Efekt? Chaos, dezorientacja, a Ukraina patrzy z boku, zastanawiając się, czy Polska to jeszcze poważny partner, czy już tylko kabaret.

Andrzej Duda przez lata dawał nam komediowe przerywniki w polityce zagranicznej, ale to, co robi Nawrocki, to już stand-up na żywo w formacie „Zdrada narodowych interesów dla początkujących”. Posłużyć się Amerykanami, żeby wygrać w krajowej wojence? To jak prosić Putina, żeby pomógł wygrać wybory samorządowe – niby skuteczne, ale śmierdzi na kilometr.

A Przydacz? Ten jest szczęśliwy jak chłopak, który po raz pierwszy w życiu wsiadł do wagonu pierwszej klasy – choć tylko po to, żeby wyjrzeć przez okno i machać tym z trzeciej. Radość z „bycia przy stole” przesłania mu fakt, że ten stół był nakryty dla kogo innego.

I jeszcze to poczucie bezkarności. Bo przecież – według tej ekipy – jak się jest „prezydentem z nominacji partii i klubu kibica”, to wolno wszystko. Można olać ustalenia z rządem, można bawić się w dyplomatyczne przepychanki, można rozgrywać wojnę na Ukrainie jakby to był mecz Ekstraklasy.

Polska dyplomacja właśnie stała się ringiem bokserskim. Tyle że zamiast punktów i medali stawką są nasze bezpieczeństwo, wiarygodność i miejsce przy stole w Europie.

A Nawrocki? Ten pewnie już planuje kolejne „inicjatywy”. Może następnym razem odbierze telefon od Putina? W końcu – skoro w polityce zagranicznej można wszystko – to czemu nie?

Boże, chroń Polskę. Bo na jej straży stoi facet, który myśli, że dyplomacja to konkurs, kto pierwszy dorwie się do słuchawki.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights