
Gdyby Szymon Hołownia był postacią z literatury, byłby połączeniem Hamleta i prezentera „Koła Fortuny” – niby w centrum wydarzeń, a jednak wciąż gdzieś obok, czekając, aż ktoś mu poda właściwą kartkę z tekstem. Jego polityczna historia z ostatnich miesięcy to seria ruchów, które łączy jeden wspólny mianownik: „Sam to sobie zrobiłem”.
Weźmy nocne spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim w mieszkaniu Adama Bielana. W świecie polityki to tak, jakby narzeczona pojawiła się na kawie u byłego narzeczonego – w tajemnicy przed obecnym partnerem – i zdziwiła się, że ktoś to zauważył. Potem dorzućmy opowieść o tym, jak „namawiano go do zamachu stanu”, czyli niedopuszczenia do zaprzysiężenia prezydenta Nawrockiego. Słowa, które powinny być wypowiadane w zamkniętych gabinetach przy dźwiękach szumu wentylatora, poleciały w eter jak konfetti – efektowny huk i bałagan do sprzątania.
Jest też jego mistrzostwo w grze w “mówię jedno, robię drugie”. Publicznie deklarował, że nie będzie ani wicepremierem, ani wicemarszałkiem, po czym z zaparciem walczył o to, by zostać marszałkiem na pełną kadencję. Jednocześnie potrafił na zaprzysiężeniu nowego prezydenta fraternizować się z politykami PiS, jakby w polityce obowiązywała zasada „przyjaźń ponad programem”.
Do tego dochodzi obrona Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz, swojej minister od funduszy europejskich, mimo że nad resortem unosił się zapach nieprawidłowości. Wizerunkowo wyglądało to tak, jakby strażak upierał się, że nie będzie gasił pożaru, bo lubi budynek, w którym się pali.
No i jeszcze ta wielka sztuka znikania. Kiedy inni politycy siedzą na Twitterze 24/7, Hołownia potrafi odciąć się od świata, nie odbierać telefonów, a potem wracać i mówić, że wszystko jest pod kontrolą. Problem w tym, że kontrola wygląda dziś jak domek z kart budowany na wietrze – technicznie możliwe, praktycznie niestabilne.
Reputację rozwalił sobie w trzech krokach: flirtem z PiS, publicznymi fochami wobec własnej koalicji i brakiem konsekwencji w działaniu. Z “nowej jakości” stał się bohaterem własnej opery mydlanej, w której głównym pytaniem nie jest już “czy zostanie prezydentem”, ale “czy w ogóle ma ochotę grać dalej”.
Czekanie na decyzję Hołowni jest dziś jak czekanie na Godota. Z tą różnicą, że Beckett przynajmniej wiedział, że Godot nie przyjdzie. A tu ciągle ktoś wierzy, że jednak się pojawi – najlepiej w świetle kamer i w randze wicepremiera od kultury.

Dodaj komentarz