
Gdyby głupota była paliwem, to właśnie wystartowaliśmy rakietą z kebaba do stratosfery. I wcale nie wrócimy z tej wycieczki mądrzejsi. Polska, kraj wielkich idei i jeszcze większych absurdów, zamienia właśnie Plan Marshalla 2.0 w Urzędniczy Teatrzyk Kukiełkowy. Na scenie: sauny, brydż sportowy i alpaki. Za kulisami: Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz z tekstem na Facebooku, który brzmi jak notatka z dzienniczka ucznia złapanego na ściąganiu. A na widowni: Donald Tusk, z twarzą pełną goryczy i niedowierzania, pytający w duchu: czy naprawdę to są moi ludzie…?
A przecież wszystko zaczęło się tak pięknie: miliardy z KPO jak manna z Brukseli, Polska wstająca z kolan, uśmiechy, obietnice, błysk fleszy. Wróciliśmy do Europy jak syn marnotrawny w garniturze z second-handu, a potem… ktoś w ministerstwie postanowił, że modernizacja kraju to też ekspres do kawy na prąd i jacht do celów, no nie wiemy… networkingowych?
I tu pojawia się Pełczyńska-Nałęcz, która na zgliszczach wizerunkowych tej katastrofy kuca i mówi: „Nie martwcie się, sprawdzimy wszystko, nawet mysz się nie prześliźnie.” Katarzyno, błagam, czy w Twoim ministerstwie grasują teraz inteligentne myszy z umowami na solarium dla alpaki? Bo tylko to by tłumaczyło skalę upadku.
Jej wpisy to gotowy materiał do kabaretu politycznego, gdyby nie fakt, że jesteśmy kabaretem politycznym. Przypomina to sytuację, w której ktoś wlał mleko do baku, odpalił auto i mówi: „No co? W końcu to białe i płynne.” I jeszcze się obraża, że wszyscy pytają: kto to zatwierdził?
Nie, Katarzyno, nie wystarczy powiedzieć, że „w podpisanych 824 tysiącach umów może się coś zdarzyć”. Tak samo można by tłumaczyć wysadzenie w powietrze własnej łazienki: „No wiecie, wśród 824 prób spuszczenia wody mogła się trafić jedna z granatem.”
Afera z KPO to nie wypadek przy pracy, to metodyczny triumf niedbalstwa i bezmyślności, skompresowany do formy PDF-a z błędnie zatwierdzonym wnioskiem. I teraz Tusk – który, bądźmy uczciwi, jako jedyny wygląda jak dorosły w tym przedszkolu ogarniętym przez zombie z PowerPointa – musi gasić pożar, w którym nie do końca wie, kto trzymał zapałki.

A jakże – oczywiście, że „Polska 2050 nie ma nic do stracenia”. Słusznie, bo wszystko już straciła. A szczytem groteski jest to, że wśród ofiar tej kompromitacji jako pierwsza padła prezes PARP, kobieta, która nawet nie ustalała zasad. Ot, klasyczna polska procedura: znajdź kozła, a potem bij do skutku, żeby wszyscy widzieli, że „coś robimy”.
Tymczasem Karol Nawrocki – nowy książę ciemności w wersji PiS Light™ – wjeżdża z pomysłem na CPK jakby zapomniał, że już raz budowali port lotniczy. I zbudowali… wizualizację. Teraz znów chce „szprych”, „strategicznych inwestycji” i „wizji rozwoju”, podczas gdy rzeczywistość to paragon z pizzerii z wpisem „jacht edukacyjny”.
Ironia polega na tym, że to wszystko dzieje się po wygranych przez PiS wyborach prezydenckich, więc scenariusz pisze się sam: partia Kaczyńskiego właśnie zrobiła krok na scenę z okrzykiem „patrzcie, jacy oni są beznadziejni!”. I ma rację. Wykorzysta to. Rozjedzie Tuska jak TIR rozjeżdżający pomysł na e-learning brydża sportowego.
A jednak Tusk jeszcze walczy. I nie, nie dlatego, że liczy na to, że wszyscy się ogarną, tylko dlatego, że nie ma nikogo lepszego. Bo Tusk to facet, który wrócił do polityki, jak ojciec wracający do rodzinnego domu po latach, patrząc na dzieci bawiące się zapałkami i pytający: kto pozwolił im wejść do piwnicy z paliwem?!
A kto pozwolił Pełczyńskiej-Nałęcz mówić rzeczy o myszach? Tego już się chyba nie dowiemy.
Wszystko to razem przypomina Polskę jako okręt z dziurą w kadłubie i załogą złożoną z ludzi, którzy dyskutują, czy ta dziura jest bardziej symboliczna czy realna. W tle Donald Tusk z wiadrem i mopem, próbujący to wszystko jeszcze ogarnąć. I tylko jedno pytanie wisi w powietrzu:
Ile jeszcze takich idiotów musimy znosić, zanim ktoś zrozumie, że nowoczesne państwo nie robi sobie oranżerii w kebabie za unijną kasę?

Dodaj komentarz