
Nie będzie w tym felietonie żartów. Nie dlatego, że brak mi sarkazmu, ale dlatego, że czas przestać się śmiać.
6 sierpnia 2025 roku nie zapamiętam z powodu orędzia Karola Nawrockiego. Zapamiętam te twarze. Rozpromienione, rozmodlone, niekiedy rozgrzane narodowym uniesieniem do granic fanatyzmu. Klaskali, skandowali, wstawali, wpadali w trans. Tysiące ludzi, którzy przyszli nie po nadzieję, ale po potwierdzenie tego, że można nie myśleć. Że warto wierzyć we wroga, bo przecież każda rewolucja zaczyna się od spalonej kukły.
Widzieliśmy ich wcześniej. Przed krzyżem na Krakowskim Przedmieściu, z pochodniami 11 listopada, w autobusach z Torunia. Teraz zjawili się znów, jak na wezwanie trębacza z Nowogrodzkiej. Tylko że to nie pielgrzymka, to nie marsz patriotyczny. To procesja w stronę czegoś, co niepokoi każdego, kto zna historię XX wieku.
To nie są ludzie głupi. To ludzie porzuceni. Wykorzenieni. Zmęczeni niepewnością i zmiennością. Karmieni latami pogardy, fałszu i nacjonalistycznej papki, z ust polityków, którzy jak kaznodzieje obiecywali pokój, równie skutecznie co generałowie w czasie wojny.
Dziś nie przestraszy ich słowo „prezydent kibol”. Nie zaniepokoi „zapowiedź nowej konstytucji”. Nie poruszy konfrontacyjny ton wobec rządu. Oni chcą porządku, siły, prostoty. Chcą tego, co znajome: flaga, krzyż, wróg.
Karol Nawrocki z podium Zgromadzenia Narodowego rzuca słowa jak pociski: „Polska nie jest na drodze praworządności”, „sędziowie nie są bogami”, „tak dalej rządzić nie można”. Grozi palcem premierowi, oskarża wymiar sprawiedliwości, zapowiada czystki i filtrację. I wszystko to owinięte w biało-czerwoną szarfę i ozdobione patriotycznym cytatem.
Zapowiada Radę ds. Naprawy Ustroju, jakby naprawiać trzeba było nie złamane państwo, lecz zbyt wolną demokrację. Mówi o nowej konstytucji jak o katechizmie, który należy napisać na nowo, tym razem bez ducha kompromisu, za to z klauzulą narodowej jedyności. Zapowiada ustawy finansowe, choć nie ma w tej sprawie kompetencji, a jego prawdziwym celem nie jest współpraca z rządem, lecz jego likwidacja.
W rzeczywistości orędzie Nawrockiego było czymś znacznie groźniejszym niż się wydaje. Kiedy Nawrocki mówi, że „wybacza”, należy to czytać inaczej: to nie oznacza, że kary nie będzie. Karą ma być to, że „stracicie władzę”. Zapowiada on wojnę polityczną na wyniszczenie. Dla niego i jego zaplecza to walka o wszystko: o duszę Polski, o kontrolę, o przyszłość. Jego jedynym celem przez najbliższe dwa lata będzie zniszczenie rządu Donalda Tuska. Nie współistnienie, nie dialog, ale eliminacja.
A kiedy podczas przejmowania zwierzchnictwa nad armią głos zabiera wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz, ten sam tłum, co przed chwilą śpiewał hymn, zaczyna gwizdać, buczeć, wyć. Jakby na rozkaz. Jakby patriotyzm był widowiskiem, a demokracja przeszkadzającym aktorem. Minister obrony zostaje zagłuszony przez masę, która przyszła nie świadczyć, ale dominować.
To już nawet nie jest elektorat. To wspólnota emocji zbudowana na lęku przed współczesnością. Z globalizacją, z Europą, z obcym. Z kobietami, które nie chcą być poddanymi, z mężczyznami, którzy nie bójką, lecz empatią chcą budować przyszłość.
Nawrocki ich nie prowadzi. On im pozwala nie myśleć. Nie zadawać pytań. Nie mieć wątpliwości. I dlatego są mu wierni.
Jeśli nie zaczniemy teraz mówić prawdy, jeśli nie zaczniemy pokazywać, czym naprawdę grozi projekt Państwa wyznaniowo-nacjonalistycznego, obudzimy się za kilka lat w kraju, który przestaniemy poznawać.
Bo to nie jest kwestia jednej osoby. Nawrocki to nie przyczyna. On jest skutkiem. To wynik dekad braku empatii, edukacji i odpowiedzialności po stronie tych, którzy mogli coś zrobić, a nie zrobili nic. Bo byli zajęci sobą. Bo śmiali się z moherów. Bo nie wierzyli, że znów może być tak ciemno.
Zamilczmy na chwilę. Spojrzyjmy w te oczy. I zadajmy sobie pytanie: ilu z nich możemy jeszcze odzyskać?
Nie dajmy się zniechęcić. Nie traćmy nadziei. Ale przestańmy śmiać się z ludzi, którzy klaszczą Nawrockiemu. Trzeba do nich pukać. Twardo, spokojnie. Z troską, ale i z odwagą.
Bo jeśli tego nie zrobimy teraz, to niedługo zapuka ktoś inny. I nie będzie prosił.

Dodaj komentarz