
Wysłuchałem ostatnio pieśni pochwalnych napisanych onegdaj na cześć prezydenta A. Dudy. Czemu przypisać wewnętrzną potrzebę tego rodzaju twórczości? Czołobitność wrodzona, odziedziczona po przodkach, czy po prostu genetyczna uległość wobec każdej władzy, która daje ochłap i poklepie po plecach? Myślałem, że to żart. Że ktoś puścił pastisz, sparodiował ten cyrk. Ale nie. To był hymn. Prawdziwy. Z serca. Z tej ciemnej, lepkiej otchłani, gdzie rozum umarł, a na tronie siedzi wazelina.
Ale prawdziwy horror zaczął się chwilę później.
Znalazłem hymn na cześć nowego prezydenta. Karola. Tak, tego Karola. Nawrockiego. Sutenera od historii, gościa z ustawek, co wyłudzał mieszkanie jak typowy cwaniaczek z serialu klasy B. Tępaka o twarzy z betonu, z mózgiem w rozmiarze kieszonkowym i światopoglądem z Ordo Dramat. Kibola z fobiami, homofoba z misją, katolika od chędożenia sumień.
Karol, który do spółki z Kaczyńskim chce „zniszczyć Tuska”. Zbudować na jego ruinach coś. Co? Narodowy Ośrodek Idiotyzmu? Muzeum Imienia Ofiary Własnych Kompleksów? Kombinat Imbecylizmu Narodowego? Tego jeszcze nie ogłosili, ale są na dobrej drodze.
Nie wiem, co gorsze: sama ta piosenka czy komentarze pod nią. Ludzie piszą tam z nabożeństwem, z pianą na ustach i łzami w oczach. Jakby im Jezus zszedł z nieba w skórze Karola, z pałką w ręku i antyszczepionkową broszurką pod pachą. Jeden z komentujących napisał, że „głos Karola to głos narodu”. Gdyby to była ironia – byłbym zachwycony. Ale to było na serio. Qrwa. Na serio.
I wtedy mnie tknęło. Strach. Prawdziwy, obrzydliwy lęk. Poczułem się jak bohater kiepskiej dystopii, który nagle odkrywa, że jego sąsiedzi to sekta. Że oni naprawdę w to wierzą. Że chcą hymnu, że chcą wodza, że chcą czystki. Zimny pot, ciarki i myśl: gdzie ja mam się schować? W jakiej dziurze się zaszyć, żeby nie oglądać tej orgii narodowej głupoty? Może gdzieś w górach. Może pod lodowcem. Albo chociaż pod kocem.
Kościół? Oczywiście milczy. Bo choć ten Karol to nie święty, to jednak polityk, a politycy sypią kasą. A Kościół zawsze chętnie weźmie – choćby i od diabła. Byle grubo i bez faktury.
A Mentzen i Braun? Już stoją przy boku Karola. Jak trzej jeźdźcy Apokalipsy: podatkowy kaznodzieja, biblijny wariat i kibol z teki. Mieszanka wybuchowa, z której nie powstanie nic, poza smrodem i pieśnią na YouTube.
Pieśń. Hymn. Kupa. I z tego gówna zrobili sztandar.
Wiem, wiem – margines. Ale margines z głośnikami, kamerą i dostępem do TV Republika i Trwam. I to nie są żarty. To początek czegoś bardzo złego. A my siedzimy i słuchamy, jak śpiewają o „nowym Karolu” – jakby to był Mesjasz, a nie tępy pionek w grze o władzę.
Jeśli już mamy śpiewać o Polsce, to może lepiej wziąć wiersz japońskiego poety Naobumi Ochiai. Napisał go ponad sto lat temu, a i tak trafia w punkt lepiej niż nasi rodacy. Wtedy mieliśmy marzenia. Dziś mamy Karola.
I to jest, qrwa, dramat. Nie hymn. Dramat narodowy. W kilku zwrotkach, z refrenem, który brzmi jak koniec rozumu.

Dodaj komentarz