
Wolność obywatelska w Polsce ma się świetnie – tak świetnie, że zaraz trzeba będzie ją reglamentować na kartki. Bo oto w Sejmie i samorządach trwa karnawał petycji, uchwał, zakazów i absurdów. Ludzie piszą, głosują, debatą nazywają narady o tym, co jeszcze komuś można utrudnić, zakazać, ograniczyć, skomplikować. Naród sarmacki, wolnościowy i niepokorny zamienia się właśnie w stado frustratów z obsesją na punkcie cudzego balkonu, buta i buziaka.
Zaczęło się niepozornie – od dymka. Palisz papierosa na balkonie? Jesteś terrorystą. Sąsiadce śmierdzi w kuchni? Masz grzywnę, nakaz i wpis do rejestru złoczyńców miejskich. Petycja, że aż echo niesie – zakazać, karać, penalizować. Bo pięciomiesięczny synek nie może oddychać pełną piersią w Warszawie, w której już dawno tlen sprzedaje się na kartki.
Ale to dopiero początek. Prawdziwy przegląd obywatelskiej twórczości legislacyjnej pokazuje, że ludzka pomysłowość w utrudnianiu życia innym nie zna granic.
LISTA ABSURDÓW CZY DIAGNOZA NARODOWA?
Przegląd petycji, które trafiły do Sejmu, to lektura obowiązkowa dla każdego psychiatry, satyryka i studenta prawa. Oto skrócona lista postulatów obywateli:
- Zakaz sprzedaży alkoholu na imprezach plenerowych – bo festiwal bez piwa to moralna rekonstrukcja. Trzeźwa młodzież będzie przecież recytować Kochanowskiego i śpiewać pieśni patriotyczne, a nie bujać się przy techno.
- 800+ dla emerytów za wychowanie dzieci – czyli inwestycja w przyszłość. Kto nie urodził/spodzi dwójki, ten pasożyt. Kto urodził trójkę – czeka na dywidendę. Świadczenie „dzietne emerytalne” jako nagroda za genetyczny wkład w system.
- Zakaz graffiti i obowiązek usuwania malunków przez właścicieli budynków, pod groźbą 100 zł kary dziennie za każdy metr zamalowanej ściany. A jak nie, to urząd miejski wezwie batalion egzekucyjny z farbą lateksową.
- Rejestr kupujących farby w sprayu – dostęp tylko w sklepach specjalistycznych i po okazaniu dowodu tożsamości. Najlepiej z odciskiem palca i zaświadczeniem o niekaralności estetycznej.
- Zmiana nazwiska – już nie dwoma wnioskami, tylko jednym, bo jak małżeństwo ma się nazywać Kowalscy, to musi mieć wspólny formularz. A najlepiej wspólną opinię.
- Nowy dzień wolny – wymiana Trzech Króli na Wielki Piątek, bo protestanci też mają uczucia. Turyści też, więc wolny piątek = dłuższy weekend i lepsza frekwencja w Karwii.
- Nowy system egzaminów na prawo jazdy, z GPS-em, kamerami, trasami w PDF-ie i egzaminatorami licencjonowanymi jak detektywi. Wersja deluxe: streaming live dla cioci z Chicago.
- Zakaz nocnych wyścigów i radary hałasu – bo młodzież ma spać, a nie driftować pod Łomżą. Policja nie daje rady, więc może laserowe odstraszacze dla silników?
- I to wszystko z ostatnich trzech miesięcy. A przecież najlepsze, najbardziej absurdalne, najbardziej żenująco śmieszne rzeczy dzieją się na poziomie samorządowym.
SAMORZĄDOWE OBŁĘDY – CZYLI POLSKA

Nie zapominajmy o tych wszystkich cudownych pomysłach, które rodzą się na zebraniach radnych, często po herbatce z cytryną i medialnym reportażu o tym, że ktoś, gdzieś, kiedyś zrobił coś nie po bożemu:
- Zakaz noszenia różowych butów w szkołach – bo kolor jest „zbyt emocjonalny” i „niezgodny z tożsamością narodową”. Czyli różowe = lewackie. A od tego już tylko krok do wagarów, związków partnerskich i wyboru Tuska.
- Zakaz noszenia dresów na lekcjach WF-u, bo dres kojarzy się z patologią. Propozycja: lniane spodnie i koszule z kołnierzykiem.
- Zakaz całowania się w parkach – w jednej gminie radni uznali to za „publiczne zgorszenie”. Czyli model francuski: jedz bagietkę, ale trzymaj ręce przy sobie.
- Uchwała w sprawie sprzątania po ptakach – mieszkańcy muszą usuwać gołębie odchody z parapetów raz dziennie. Brak realizacji = mandat. Alternatywa: siatki na okna lub zgłoszenie do Sanepidu.
- Zakaz dzieci na placu zabaw po 20:00, bo hałas. Zaś po 6:00 – zakaz dla emerytów, bo straszą. Idea: harmonogram życia publicznego według Excela.
ZAKOMPLEKSIENI KRZYCZĄ – CZYLI ŻYCIE WEDŁUG REGULAMINU
- To wszystko nie byłoby groźne, gdyby było tylko śmieszne. Ale to już nie jest komedia – to powolna budowa społeczeństwa zakazów, w którym każdy może coś innemu utrudnić, jeśli tylko ma dość uporu i dostęp do drukarki.
- Za każdą taką petycją stoi człowiek z obsesją porządku, z kompleksem Boga i syndromem „sąsiad mnie denerwuje”. Nie potrafi rozmawiać, nie chce słuchać, ale wie, co dobre. Dla ciebie, dla mnie, dla dzieci, dla Polski.
- Najpierw wywalczy zakaz palenia. Potem zakaz różu. Potem zakaz miłości, jogi, edukacji seksualnej i pizzy z ananasem. A na końcu sam zostanie w tym swoim uporządkowanym świecie, w którym nikt się nie śmieje, ale wszyscy mają zgodne nazwisko i czyste parapety.
I WTEDY WCHODZI BĄKIEWICZ. CAŁY NA BIAŁO-CZERWONO
Bo gdzie kończy się tolerancja na inność, tam zaczynają się bojówki. I to nie tylko te fizyczne, z flagami i krzykiem, ale też mentalne – które biją głównie sąsiada, współpasażera i każdego, kto wygląda „inaczej”.
Zaczyna się od zakazu dymka, kończy na homofobii, walce z genderem, biciu dzieci za różowe kolczyki i likwidacji książek o Harrym Potterze. Potem już tylko straż obywatelska na osiedlu, raportowanie sąsiadów i regulamin długości trawnika.
To nie są bajki. To historia, która w Europie już się wydarzyła. A w Polsce – właśnie się pisze.
DYM Z GŁOWY I OSTATNIA MYŚL
Jeśli więc znowu przeczytacie, że „obywatele domagają się zakazu X” – to najpierw głęboki wdech. Najlepiej bezdymny. Potem pomyślcie: czy to jeszcze troska, czy już lęk? Czy to rozsądek, czy obsesja? Oddychajcie. Nie poddawajcie się iluzji, że zakaz = rozwiązanie. Czasem trzeba wytrzymać cudzy dym, cudzy wybór, cudzą inność. Bo jeśli wszyscy będziemy żyli według zasad jednej grupy, jednej moralności, jednego smaku – to umrze nie tylko demokracja, ale też ludzkość jako gatunek zdolny do współistnienia.
A jeśli ktoś z Państwa poczuł się urażony – to znaczy, że jeszcze czuje. I to dobrze. Bo obojętność byłaby najgorszym dymem z możliwych.
Bo wszystko zaczyna się od drobiazgów. I jak powiedział kiedyś klasyk z kabaretu: „To nie jest śmieszne. To jest straszne, tylko my jeszcze się śmiejemy.”
I obyśmy się śmiali jak najdłużej. Zamiast kaszleć w kagańcu przepisów, na czystym, lecz strasznie cichym balkonie.

Dodaj komentarz