GOTUJĄCA SIĘ GŁUPOTA, CZYLI ŚNIADANIE Z POGODĄ, KACZYŃSKIM I GRADOBICIEM UMYSŁÓW

Warszawa

Witajcie, śmiałkowie rzeczywistości. Zaparzcie sobie kawkę, najlepiej mocną, bo świat płonie – a nie wiadomo, czy to od burz nad Mazowszem, czy od stycznia umysłowego, który trawi Polskę od prawej po jeszcze bardziej prawą.

Zacznijmy od najważniejszego frontu – frontu atmosferycznego. Minister Kierwiński, z tą swoją miną zmartwionego dozorcy z „Złotopolskich”, ogłosił alarm pogodowy. Burze, grad, ulewy, sztaby kryzysowe – czyli lato w Polsce. Tylko że teraz każda większa kałuża ma status zagrożenia narodowego, a każda wichura wygląda jak zwiastun politycznego comebacku Kaczyńskiego.

A propos – Jarosław Kaczyński. Naczelny druid polskiego zamętu. Obecnie trochę jak Voldemort na politycznej emeryturze – nikt go nie widział, ale wszyscy mówią, że gdzieś tam jeszcze jest. Trochę zgorzkniały, trochę rozdygotany, z planem jak z „Folwarku zwierzęcego”: „Wszyscy są równi, ale Ziobro był równiejszy”. No i skończył jak ścigany dzik: policja ma go doprowadzić na komisję, ale Ziobro zniknął jak zdrowy rozsądek w komentarzach pod postem TV Trwam, czy TV Republika.

Na scenie pojawił się nowy prezydent – Karol „Miernik Losu” Nawrocki. Taki człowiek, którego nikt nie znał, a teraz nikt nie może się go pozbyć. Prezydent z castingu do reklamy pasty do zębów, który dostał rolę Hamleta. I w tym tragicznym przedstawieniu jego największym dramatem jest to, że Donald Tusk mówi pełnymi zdaniami.

Tusk – o dziwo – jedyny, który zdaje się rozumieć, co się dzieje. Mówi ludziom w Pabianicach, że Rosja i Chiny szykują się na globalne kombo w 2027. W przerwach między czekaniem na huragan i wizytę Trumpa. Tusk mówi z sensem, więc w sondażach przegrywa z Mentzenem, który jeszcze wczoraj udawał, że potrafi czytać wykresy, a dziś planuje Polskę wolną od myślenia.

A propos myślenia: Grzegorz Braun żyje i ma się świetnie. Nadal twierdzi, że system nas podsłuchuje, ale w wolnych chwilach sam filmuje ludzi na ulicy. Z kolei Bąkiewicz – patriota full HD, teraz ma problem, bo nie da się zorganizować marszu w błocie po burzy. Na szczęście jeszcze potrafi krzyczeć „lewactwo!” w rytm bicia grzmotów.

Unia Europejska? Ursula von der Leyen spotyka się z Trumpem jakby był do wynajęcia przez Booking.com. Jedzie do niego z nadzieją, że nie wprowadzi 50-procentowych ceł na wszystko, co nie jest hamburgerem. Trump, obecnie przyczajony na szkockich polach golfowych, udaje że negocjuje, a tak naprawdę wącha brezent i wspomina lata świetności reality TV.

Tymczasem Viktor Orban, ten węgierski Gandalf ciemnej strefy, mówi, że nie poprze budżetu UE. Czyli klasyczne „dajcie mi hajs, albo wszystko spalę”. To jakby dziecko szantażowało matkę w Biedronce, że się położy między półkami z pieczywem, jeśli nie dostanie lizaka.

A co u Konfederacji? No cóż, Mentzen ma 45% zaufania, co oznacza, że przynajmniej 45% ludzi pomyślało „o, przystojny pan z TikToka, pewnie zna się na podatkach”. Braun ma więcej followersów niż neuronów lustrzanych, a Bosak zajął się przemysłem modowym – bo nic tak nie oddaje ducha narodu jak brązowe mokasyny i marynarka za mała o rozmiar.

I jeszcze Sikorski – człowiek, który zna wszystkich w Davos, ale nie potrafi zamówić kawy bez ironii. Awansował na wicepremiera, co oznacza, że Tusk przygotowuje plan B. Albo to po prostu plan S – jak Sarkastyczny, Salonowy, Szalony Radosław.

A teraz pytanie do Was: czy da się to wszystko opowiedzieć komuś spoza Polski bez używania słów „mem”, „Kaczyński” i „dramat”? Nie. Więc zostaje tylko śmiać się przez zęby i udawać, że niedzielna burza to metafora.

Na koniec – ostrzeżenie pogodowe: możliwe są silne porywy absurdu, lokalne opady głupoty i grad idiotyzmów. Proszę pozostać w domach i nie wychodzić bez ironii.

Smacznej kawy.


  1. Andrzej Drobnik

    Świetny felieton na wieczór Panie Krzysztofie! Miał Pan świetny pomysł z blogiem! Gratuluję i czekam z niecierpliwością na następne teksty! Pozdrawiam serdecznie!

    1. KRZYSZOF BIELEJEWSKI

      Dziękuję serdecznie, Panie Andrzeju! To miód na moje zgryźliwe serce i oliwa dla mojej klawiatury. Cieszę się, że ktoś jeszcze w tym kraju potrafi docenić słowo pisane, i to niekoniecznie w formie mema z kotem lub hasła w stylu „wszyscy politycy to…”. 

      Z tym blogiem to jednak, wie Pan, trochę jak z czytaniem instrukcji obsługi pralki – niby każdy chce mieć czyste skarpetki, ale nikt nie ma czasu, żeby doczytać, gdzie wsypać proszek. Wrzucam link do bloga, a tam nagle – dramat! Statystyki spadają, klikalność się kurczy, jak entuzjazm posła po trzecim głosowaniu nad tą samą ustawą. Bo trzeba kliknąć. A kliknięcie to przecież współczesna forma heroizmu. 

      Fejsbukowe społeczeństwo informacyjne woli jednak prościej. Najlepiej duże litery, najlepiej czerwone, najlepiej z dopiskiem: „SZOK!!! ZOBACZ CO ZROBIŁA!!!”. A ja tu, jak frajer, zdania złożone buduję i przecinki wstawiam – przecież to wymaga myślenia! A myślenie, jak wiadomo, to obecnie działalność wybitnie niepopularna. 

      Ale nie składam broni. Piszę dalej, bo może jednak gdzieś tam, wśród memów i reklam na erekcję, pojawi się jeszcze taki jeden Pan Andrzej, co kliknie, przeczyta, uśmiechnie się i powie: „Kurczę, warto było”. 

      Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za dobre słowo – to ono, nie lajki, karmi duszę blogera! 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights