


Spotkanie Donalda Tuska z mieszkańcami Pabianic miało być rutynowym elementem kalendarza polityka w średnim stadium rządzenia: kilka deklaracji, kilka uścisków dłoni, kilka pytań od publiczności i do widzenia. Tymczasem wyszedł z tego narodowy seans psychoanalizy, w którym Tusk odegrał rolę terapeuty, a publiczność – jego podirytowanej grupy wsparcia z problemem porzuconych złudzeń.
Tusk wszedł na salę z typową dla siebie równowagą emocjonalną i wrodzonym refleksem konferansjera. Niestety, spokój i logika to dziś w Polsce cechy równie pożądane, co latarka na słońcu. W momencie, gdy oddano głos słuchaczom, powietrze zaczęło drżeć od emocji – a główną bohaterką wieczoru została kobieta, która najpierw ogłosiła się socjologiem, a potem ruszyła w emocjonalny atak na premiera.
„Niech pan odrzuci tę watę cukrową!”, zawołała dramatycznie, jakby chciała go uratować przed utonięciem w lukrze pochlebstw. Wtórowała jej publiczność, która – być może po raz pierwszy w życiu – naprawdę poczuła, że może coś powiedzieć premierowi i nie zostać wyprowadzona przez ochronę.
Tusk – w swojej cierpliwości godnej buddyjskiego mnicha albo przynajmniej właściciela trójki dzieci – nie dał się ponieść. Tłumaczył, przekonywał, odnosił się do zastrzeżeń, choć zapewne w duchu marzył o teleportacji. Ale najbardziej symboliczne było jego pytanie: „Kto ma przeliczyć głosy? Policja?”. Gdy z sali padła odpowiedź „Tak!”, premier prawie osiwiał drugi raz. Bo nawet w takiej chwili pozostał człowiekiem instytucji, nie instynktów.
I właśnie w tym momencie, jak duch z maszyny – wszedł na scenę Szymon Hołownia. A właściwie nie wszedł, tylko objawił się w mediach, gdzie uraczył nas opowieścią o tym, jak wielokrotnie proponowano mu zamach stanu. Tak, proszę państwa. Marszałek Sejmu, człowiek znany z moralnych rozterek i zadumy nad sensem istnienia, nagle objawia, że był niemal kuszony przez zło, niczym Jezus przez szatana na pustyni. Ale – spokojnie – nie poda nazwisk. To było takie „zamach stanu” w cudzysłowie. Alegoria. Polityczna diagnoza. Może bajka na dobranoc.
Trudno powiedzieć, czy Hołownia rzeczywiście coś usłyszał, czy tylko usłyszał, że coś usłyszał. Jego wypowiedź była tak mglista, że nadaje się bardziej do interpretacji literackiej niż do analizy konstytucyjnej. A mimo to wywołała efekt domina. Rzecznik prezydenta elekta Karola Nawrockiego ogłosił, że środowisko prezydenckie jest wstrząśnięte. Wstrząśnięte, nie zaniepokojone – co w języku pałaców oznacza poziom oburzenia zarezerwowany dla rzeczy typu: „ktoś dotknął porcelany gołymi rękami”.
Prawica wpadła w typowy dla niej stan ekstatycznego oburzenia. Hołownia – ten anioł upadły III drogi – właśnie zdradził demokrację, ojczyznę i święty porządek konstytucyjny. Nie wystarczyło, że rozmawiał z Bielanem w stylu „kto z kim spał za AWS-u”, on jeszcze mógł nie zaprzysiąc prezydenta! A to już nie polityka, to blasfemia.
Tusk, na tle tych wszystkich pseudospisków i dramatów, wygląda jak ostatni trzeźwy na weselu. Rekonstrukcja rządu? Owszem, przeprowadzona z chirurgiczną precyzją – tyle że nie po to, żeby zdobyć władzę, ale żeby jej nie roztrwonić. Ludowcy, którzy przez ostatnie lata balansowali na granicy progu i granicy rozsądku, nagle dostali tyle prezentów, że zastanawiali się pewnie, czy premier nie pomylił ich z Kościołem.
I tak oto PSL – partia nieśmiertelna, która trwa dłużej niż abonament RTV – znów flirtuje z PiS-em, negocjuje z Platformą i liczy mandaty tak, jak przeciętny obywatel liczy parówki w promocji. Kosiniak-Kamysz wysyła do struktur ankiety, w których pyta, czy sojusz z Kaczyńskim nie byłby jednak… taktycznym objawem patriotyzmu.
A Konfederacja? Konfederacja nie musi nic mówić. Ona już krąży nad całą tą sceną jak sęp nad piknikiem. Tusk ich zna, wie, co myślą, wie, jak mówią – i dlatego wypowiada się o nich z czymś na kształt politowania pomieszanego z rezygnacją. Dla niego to nie partnerzy do dyskusji – to efekt uboczny algorytmu społecznego gniewu.
A więc wróćmy do punktu wyjścia. Tusk w Pabianicach, słuchający ludzi z bólem i spokojem. Hołownia w telewizji, wygłaszający deklaracje jakby był pomiędzy rekolekcjami a kabaretem. Nawrocki w stanie wstrząsu. PiS – jak zwykle – w amoku patriotycznym. A obywatele? Obywatele próbują zrozumieć, kto tu właściwie jeszcze mówi serio.
W tej całej operetce, paradoksalnie, Donald Tusk okazuje się być jedynym politykiem, który nie udaje, że gra w coś większego niż sam siebie. I może właśnie dlatego jest niepokojący. Bo w Polsce nikt nie ufa ludziom, którzy nie krzyczą.

Dodaj komentarz